Wejście na Huayna Potosi, czyli sześciotysięcznik (nie) dla każdego.

Wejście na Huayna Potosi

Wejście na Huayna Potosi, czyli sześciotysięcznik (nie) dla każdego.

Sześciotysięcznik! Brzmi jak kosmos! Zwłaszcza dla kogoś kto na pierwszy poważny hike wybrał się na Górę Fuji w Japonii (3786 m). Potem tych górskich wędrówek było więcej. Najpierw Nowa Zelandia, potem Patagonia. Przed wyjazdem do Ameryki Południowej owszem, wpisaliśmy Huayna Potosi (6088 m) na naszą listę życzeń, ale chyba żadne z nas nie do końca wierzyło, że to się uda, że się odważymy. W głowie mieliśmy wizję z Hollywodzkich produkcji, gdzie ludzie idą w góry w śnieżnej zamieci, z zamarzniętym wąsem, spadają w przepaść, walczą o życie a na koniec ratuje ich helikopter. Ale stało się! Zdecydowaliśmy się na wejście na Huayna Potosi w Boliwii! I to w wyborowym towarzystwie Ani i Oskara z Podróżując Przez Życie.

Wejście na Huayna Potosi

Przygotowania

Zanim jeszcze Ania i Oskar dotarli do La Paz, ba, nawet zanim wiedzieliśmy, że się spotkamy i przypadkowo zamieszkamy u tego samego hosta na Couchsurfingu, zrobiliśmy rekonesans w kwestii wejścia na sześciotysięcznik. Przetrzepaliśmy cały internet w poszukiwaniu informacji, rekomendacji co do agencji, sprzętu, cen itp. Na miejscu jeszcze zrobiliśmy rundę po wszystkich interesujących nas agencjach wypytując o wszystko i sprawdzając stan ich sprzętu. Po przeczytaniu kilku relacji osób, które korzystały z usług pośredników, wiedzieliśmy, że nie zdecydujemy się wchodzić z nikim, kto nie dysponuje własnym sprzętem. Dlaczego? Bo wciskają kit a potem na miejscu okazuje się, że idziesz w o 4 rozmiary za dużej kurtce, dziurawym bucie a twój przewodnik to pała. Na tych wysokościach to już nie są żarty. Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie wypytała również o statystyki i ostatni śmiertelny wypadek. Mina mi zrzedła jak usłyszałam stoickie „Tydzień temu.” Na początku zaczęłam się śmiać myśląc, że koleś robi nas w konia. Nie robił, ale wyjaśnił, że facet po prostu przewrócił się zanim nawet weszli na lodowiec. Zszedł z trasy i się poślizgnął i spadł 30 metrów. Już wcale nie było mi do śmiechu. Niemniej jednak ostatni śmiertelny wypadek na samym szczycie miał miejsce ładnych parę lat temu, kiedy to ktoś ewidentnie wybitny postanowił ze szczytu zjechać na nartach. Nie zjechał. Tak więc statystycznie nie wyglądało to najgorzej.

Ostatecznie padło na agencję High Camp Lodge, która miała swój sprzęt (nawet ze swoim logiem!), najlepszą cenę (890 BOB) i rozgarniętych pracowników. W cenie było całe wyposażenie niezbędne do podejścia, transport, nocleg i 3 posiłki dziennie. Zdecydowaliśmy się na opcję 3 dniową, która uwzględniała trening na lodowcu i aklimatyzacyjny nocleg na 4800 m.

Kiedy Ania i Oskar dotarli do La Paz, nakreśliliśmy im nasz plan i nawet nie musieliśmy ich zbyt długo namawiać. Po kilku godzinach wiedzieliśmy, że majówkę spędzimy razem i to powyżej 6000 metrów!

Dzień 1.

Pisząc ten tekst właśnie kładziemy się spać w pierwszym Base Campie na wysokości 4800 m. Jest godzina 20.30 i ledwo żyjemy. O 9 wyruszyliśmy z La Paz i po kilku godzinach dotarliśmy do pierwszego obozu. Za nami intensywny trening na lodowcu. Praktyka chodzenia w rakach i używania czekana. Kilka godzin spędzonych na zaznajomieniu się ze sprzętem i przyzwyczajeniu do niego naprawdę nam pomogło, chociaż wejście po lodowej, pionowej ścianie wyciąga z człowieka kupę energii. Samo podejście na lodowiec na 5000 m w całym  rynsztunku, ze sprzętem, w ciężkich ciuchach jest już sporym wyczynem. Ale tylko na ten dzień bo jutro kolejne wyzwania.

Budzę się o północy. Jest mi niedobrze. Nie wiem czy to wysokość czy kolacja. Na szczęście jakiś czas wczesniej przeczytaliśmy relację chłopaka, który zmuszony był podjąć się ataku szczytowego z tzw. sraczką i tuż przed wyjazdem z La Paz w ostatniej chwili kupiliśmy tabletki na brzuch. Dziękuję w myślach za ten mądry ruch, zapijam tabletkę wodą i próbuje usnąć. Gdzieś koło 3 mi się udaje.

Wejście na Huayna Potosi

Wejście na Huayna Potosi

Dzień 2.

Pobudka o 8 rano i od razu śniadanie. Papaja, banany, jogurt, bułki z dżemem i serem. Kawa, koka i kakao. Po śniadaniu wszyscy wracamy do łóżek żeby jeszcze odpocząć. Oskarowi doskwiera choroba wysokościowa, ale po tabletkach i koce (tej do żucia) wraca do żywych.

Schodzimy do pokoju ze sprzętem i zaczynamy pakować plecaki. Trzeba tam upchnąć sporo rzeczy: kurtkę, spodnie, polar i ciepłe getry, raki, czekan, rękawice, kask i buty. Oprócz tego wodę na drogę i jakieś przekąski na atak szczytowy. Agencja wymaga, żeby mieć ze sobą plecak minimum 50 litrów a nasze mają 35. Wymieniamy się na jeden plecak z Anią i Oskarem i tym sposobem mamy po jednym 50 i jednym 35 litrowym na parę. Jakoś udaje nam się wsadzić wszystko do środka.

O 11 jemy lunch, znów idziemy się położyć i po 30 minutach ruszamy do drugiego obozu.

Podejście do Campo Alto – 5130 m

5 minut spaceru w ciuchach i z plecakami i już ledwo żyjemy. Mamy do pokonania 330 m przewyższenia i nasza forma wcale nie nastraja nas optymistycznie na atak szczytowy, kiedy trzeba będzie pokonać prawie kilometr z wysokości (z 5130 na 6088). Pierwszy raz mamy wątpliwości czy nam się uda.

Wejście do wyższego obozu idzie nam jak krew z nosa. Ledwo ciągniemy się pod górę, brakuje nam oddechu, plecak jest ciężki jak nigdy. Na dodatek mój plecak ma mankament. Nieopatrznie kupiłam rozmiar L, który niestety jest za szeroki w pasie w związku z czym ciężar opada mi na ramiona. Na codzień nie jest to tak uciążliwe ale dziś mnie to dobija. Paweł też nie ma lekko bo niesie 50 litrów czyli więcej kilogramów.

Robimy przerwę co kilkanaście kroków. Ulga na chwilę, ale gdy znów trzeba ruszyć przed siebie aż robi nam się słabo. Jutro teoretycznie nasze plecaki bedą lżejsze, ale wszystkie rzeczy włożymy na siebie, więc i tak będziemy dźwigać ten ciężar na ciele.

Wejście na Huayna Potosi

Po 2 godzinach docieramy w końcu do Campo Alto. Niby tylko 2 godzinki a mamy wrażenie jakbyśmy szli cały dzień. Przewodnicy serwują nam przekąski, ciepłą herbatę i kakao. O 18 mamy zjeść kolację i iść spać bo o północy czeka nas pobudka. Korzystamy z ładnej pogody i grzejemy się na słońcu. Oskar lata trochę dronem, ale w takiej temperaturze baterie momentalnie siadają i na dodatek wszędzie krążą orły. Duże ptaki lubią niestety polować na drony 😉

Wejście na Huayna Potosi

O 18 wjeżdża na stół kolacja. Przepyszna, gorąca zupa warzywna z quinoa a na drugie warzywa, ryż, puree ziemniaczane i mięso dla mięsożerców. Porcje są nie do przejedzenia, nawet po tak intensywnym dniu.

O 20 wszyscy leżymy już w łóżkach i próbujemy zasnąć, chociaż nerwy wcale na to nie pozwalają. Budzę się o 22. Nad nami szaleje burza. Grzmoty i błyskawice. Za 3 h mamy ruszać a raczej się na to nie zapowiada. Myślę sobie, że obydwa czekające nas scenariusze są złe, bo albo nam powiedzą, że nie możemy iść w taką pogodę, albo będziemy iść w deszczu. Nie wiem sama go gorsze…

Dzień 3

Atak szczytowy – wejście na Huayna Potosi

Budzik dzwoni równo o północy. Wyjście z ciepłego śpiwora jest pierwszym wyzwaniem tej doby. O dziwo się wypogodziło i po burzy nie ma ani śladu. Trzeba po kolei ubrać na siebie odpowiednie warstwy ubrań i sprzętu. Szybkie śniadanie, chociaż wcale nie chce nam się jeść. Do plecaków pakujemy kilka batoników, wodę i termos z herbatą z koki. Przed wyjściem łykamy jeszcze po tabletce na chorobę wysokościową.

O 1 w nocy ruszamy z obozu. Pierwszy etap jest straszny bo w tych okropnych plastikowych butach musimy wdrapywać się po skałach. Niby są liny do pomocy, ale kosztuje nas to strasznie dużo wysiłku. Dopiero po 30 minutach docieramy pod lodowiec, wkładamy raki i wyciągamy czekany. Przewodnik przywiązuje nas do siebie liną i zaczynamy powolne podejście. Na jednego przewodnika przypadają 2 osoby, także my z Pawłem idziemy razem, a Ania z Oskarem w drugiej ekipie.

O dziwo czuję się fantastycznie. Przed wyjsciem z obozu strzeliliśmy sobię po tabletce na chorobę wysokościową i ewidentnie zaczynają działać!Mam wrażenie, że mogłabym latać. Tempo wejścia jest idealne, nie brakuje mi oddechu, nie boli głowa. Spodziewałam się, że będzie dużo gorzej. Jedyne z czym mam problem to krążenie w stopach. Od momentu wejścia na lodowiec dosłownie odcina mi czucie w palcach ale staram się nimi ruszać, żeby trochę je rozgrzać. Paweł z kolei nie ma się najlepiej. Słyszę za sobą jego ciężki oddech i delikatne marudzenie. U niego chyba efekt jest wolniejszy.

Robimy przerwy co 45 minut. Pijemy ciepłą herbatę, na siłę jemy te batoniki, żeby dać ciału zastrzyk energii. Po 5 minutach dalej w górę.

Przed nami kilka bardziej pionowych ścian i dużych szczelin lodowych. Utrzymanie równego tempa wcale nie jest łatwe, a każda sekunda zwłoki powoduje, że ciągniesz na linie osobę przed/za sobą i możesz wytracić ją z równowagi. Nadal, oprócz tych nieszczęsnych stóp, moja forma aż mnie zaskakuje. Z łatwością skaczę nad tymi szczelinami i lecę dalej. W głowie miałam tak inną wizję tego lodowca, trudności tego podejścia, że to co robimy wydaje mi się proste. Paweł wchodzi na czworaka, ale się nie poddaje.

Idziemy już prawie 5 h. Dochodzimy do 6000 metrów i do szczytu pozostało już tylko 88 m przewyższenia. Niestety moje krążenie w nogach praktycznie stanęło. Od 3 godzin nie czuję już całych stóp. Nic nie daje machanie, ruszanie palcami. Czuje, że idę na czymś martwym i jest to obrzydliwe uczucie. Prosimy przewodnika o chwilę przerwy. Siadamy na śniegu, ściągam buty i 3 pary skarpet. Moje stopy są białe a palce czerwone. Paweł próbuje mi je ogrzać dłońmi i chuchaniem. Oddaje mi też wełniane skarpety. Przewodnik dodaje od siebie tylko: „To są góry, jak dojdzie do odmrożenia, mogą nawet amputować palce”.

No i koniec. Próbuję jeszcze jakoś rozruszać nogi chociaż w ogóle ich nie czuję. Kolejny etap podejścia wykonuję w podskokach. To nic, że jesteśmy już na 6000 i ledwo można oddychać – praktycznie biegnę pod górę żeby tylko pobudzić jakoś krążenie. Niestety nie działa. Nawet przez sekundę nie przeszło mi przez myśl, że będę musiała zawrócić, a już na pewno z nie takiego powodu! Mówiłam sobie, że jedyne co może mnie zatrzymać to choroba wysokościowa. A tymczasem pokonała mnie moja odwieczna przypadłość, bo standardem było to, że już jesienią w Polsce wyciągałam śniegowce na 5 cm podeszwie żeby móc normalnie funkcjonować bez zamarzniętych nóg. Ale teraz nawet o tym nie pomyślałam, bo przez ostatnie miesiące nasze buty Prabos i wełniane skarpety naprawdę dawały radę!

Doganiamy jeszcze idąca przed nami grupę, żeby Paweł mógł kontynuować podejście. Ja z drugim przewodnikiem i ledwo już żyjącym Brazylijczykiem zaczynamy schodzić, a Paweł i nasz przewodnik idą dalej.

Wejście na Huayna Potosi

Ostatni etap jest najtrudniejszy. Trzeba  przejść kilkadziesiąt metrów po wąskiej grani. Po obydwu jej stronach jest przepaść: 200 i 1000 metrów. Jeden fałszywy krok i nawet przywiązanie liną do przewodnika pewnie nic nie da. Paweł raczej lubi ekstremalne sporty, ale tym razem nogi mu się trzęsą i mówi, że się boi. Chce zawracać, bo w sumie już prawie dotarł na szczyt a po co ryzykować życiem? „Wbijaj raki mocno w śnieg i trzymaj napiętą linę” uspokaja go przewodnik. W końcu po żmudnej przeprawie po grani dociera na szczyt, gdzie czekają już Oskar i Ania! 6088 metrów! Widok jest powalający! Słońce wschodzi i rozświetla ośnieżone białe szczyty, a w dole El Alto i La Paz! Widać nawet jezioro Tikikaka.

Wejście na Huayna Potosi

Wejście na Huayna Potosi

widok z Huayna Potosi

Zejście

Po kilkunastu minutach trzeba zacząć odwrót. Promienie słońca sprawiają, że lodowiec traci stabilność i wąska grań mogłaby się osunąć, a potem na samej trasie można wpaść do jaskini lodowej. Dlatego też ataku szczytowego dokonuje się nocą. Paweł idzie pierwszy, przywiązany liną do przewodnika.

Ja zaczynam swoje zejście jeszcze gdy Paweł pnie się na szczyt. W głowie mam tylko myśl, żeby odmrożenie nie skończyło się żadnym szpitalem. Po 15 minutach jednak dochodzi do mnie co zrobiłam. Byłam na wyciągnięcie ręki od szczytu, a jednak zawróciłam. Idę jako pierwsza, więc nie mam żadnych oporów żeby ryczeć jak bóbr. A może mogłam iść dalej i stopom nic by nie było? Do dziś mnie to męczy ale nie poznam odpowiedzi na to pytanie. Mogło być rożnie. W sumie nawet teraz, po kilku miesiącach, widać gołym okiem, ze skóra palców jest zaczerwieniona w porównaniu do reszty stóp a przez 2 tygodnie po samym ataku czułam w nich częste mrowienie. Ostatnio poznaliśmy też przewodnika górskiego, który opowiedział nam o koledze, któremu amputowano palce po próbie wejścia na Huayna Potosi. Mogę więc spekulować, że decyzja była słuszna.

Po godzinie czuję, że wraca mi krążenie w stopach. Czuję jakby przebijało je milion igieł. Decyduję się jednak nie wracać do obozu. Udaje mi się uprosić przewodnika, żeby zostawił mnie po drodze, że sobie posiedzę i popatrzę jeszcze na te wspaniale widoki. Zgadza się, pod warunkiem, że nigdzie się nie ruszę. Oczywiście gdy tylko znika mi z pola widzenia wracam trochę wyżej. Znajduję odpowiedni punkt widokowy i przez 2 godziny gapię się jak sroka w gnat. Może nie wlazłam na samą górę, ale te 2h tylko dla mnie z całym tym pięknem to coś niesamowitego.

W końcu dociera do mnie Paweł i przewodnik a za jakiś czas Ania z Oskarem. Wszyscy razem wracamy do obozu, pakujemy rzeczy, jemy zupę i schodzimy na 4800 m. Tam czeka już na nas transport do La Paz.

Oboje z Pawłem, mimo, że mi nie udało się dotrzeć na sam szczyt twierdzimy, że było to jedno z najciekawszych wyzwań naszego życia. Nawet jeśli nie uda się wejść na samą górę, warto chociaż spróbować, sprawdzić siebie, zobaczyć jak to jest w tak wysokich górach kiedy czasem walczy się o każdy krok i o każdy oddech. A widoki będą tylko czystą rekompensatą tego trudu.

Koniecznie zobaczcie jak to wyglądało! Filmik oddaje emocje 🙂

Wejście na Huayna Potosi

Wejście na Huayna PotosiWejście na Huayna Potosi

Informacje praktyczne:

  • Nasze wejście na Huayna Potosi odbyło na przełomie kwietnia i maja 2018. Teoretycznie od 1 maja zaczyna się wysoki sezon i ceny mogą być wyższe.
  • Cena za pakiet 3 dniowy z pełnym wyżywieniem to 890 BOB. Cena nie zawiera ubezpieczenia.
  • Z agencji dostajemy polarową bluzę i spodnie, kurtkę i spodnie z goreteksu, kominiarkę, grube rękawice, buty, kask, czekan i raki. Za dopłatą lub po negocjacji można dostać również śpiwór i latarkę czołówkę.
  • To co musimy mieć we własnym zakresie: plecak około 50 litrów, śpiwór, latarkę czołówkę lub baterię do wypożyczonej latarki, odzież termiczną z długim rękawem, buty trekkingowe, skarpety, cienką czapkę i rękawiczki, czekolady i batoniki na atak szczytowy.
  • W cenę wliczone są posiłki (dzień 1: lunch kolacja; dzień 2: śniadanie, lunch, kolacja; dzień 3: śniadanie, lunch) i są to porcje duże. Nie ma co brać ze sobą dodatkowego jedzenia.
Podoba się? Udostępnij... 🙂 Share on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter
Share on Google+
Google+
Pin on Pinterest
Pinterest