Niespodziewana wizyta na końcu świata. Rio Grande – Ushuaia

Niespodziewana wizyta na końcu świata. Rio Grande – Ushuaia

Jak to się często w naszej podróży dzieje, i tym razem zdecydował za nas trochę przypadek. Odwiedzin końca świata w naszych planach nie było. Może w myślach i tak bardzo chcieliśmy dotrzeć do Uahuaia, ale jednak wiele czynników wpłynęło na to, że zdecydowaliśmy się ten rejon ominąć. Na szczęście, wszystko potoczyło się zupełnie inaczej… Jak?

Autostop na końcu świata

Opuszczając Punta Arenas, klasycznie już udaliśmy się na wylotówkę z podniesionym do góry kciukiem. Prawo Murphyego oczywiście zadziałało w 100% i akurat tego dnia lało, było zimno i wiało. Pierwszą podwózkę złapaliśmy po godzinie i chociaż na chwilę ogrzaliśmy się w samochodzie. Na kolejną czekaliśmy na skrzyżowaniu pośrodku niczego, w strugach deszczu i otoczeni innymi autostopowiczami szukającymi szczęścia. Było to w sumie zaskakujące, bo nie spodziewaliśmy się kolejek do łapania okazji! I wtedy zatrzymał się młody chłopak z dziewczyną. Jechali mocno załadowani, ale jakoś upchnęliśmy jeszcze nasze plecaki i pojechaliśmy. Od słowa do słowa okazało się, że Hernan sam przejechał na stopa Amerykę Południową i niedawno wrócił z podróży. I zaprosił nas do swojego domu rodzinnego w Tierra del Fuego. Podziękowaliśmy, wymieniliśmy się numerami i na kolejnym skrzyżowaniu wysiedliśmy aby łapać dalej stopa w stronę Rio Gallegos, a Hernan y Belen pojechali na swój koniec świata.

Przez następne dni oswoiliśmy się trochę z  tą myślą i stwierdziliśmy, że jak nie teraz, to kiedy? I pomknęliśmy w stronę Rio Grande.

Droga, która miała nam zająć około 6 godzin, ostatecznie zajęła 11. No cóż, takie uroki jazdy na stopa 😉 Utknęliśmy na 5h pod punktem kontrolnym policji! Było zimno i wiało jak diabli. Jedyne schronienie  było za naszymi plecakami.

Rio Grande

W końcu się udało i podjechaliśmy do kolejnego skrzyżowania (jakieś 100 km, już za granicą z Chile), potem na prom przez Cieśninę Magellana i tam już można było zagadywać do kierowców czekających w kolejce do wjazdu. Oczywiście najczęstsza wymówka wszystkich ludzi to: nie mamy miejsca! Bo jak się jedzie wielkim pickupem we 2 osoby to jest ciasno, wiadomo. Na szczęście jeden człowiek miał nad nami litość. Myślę, że w sumie nie bardzo tego chciał, ale został wzięty z zaskoczenia i nie wiedział jak odmówić 😉 Nie był też zbyt rozmowny, więc milczeliśmy, a Paweł klasycznie spał. Po drodze czekało nas przekroczenie granicy i było to jedno z ciekawszych przejść granicznych. Po pierwsze, w którymś momencie skończył się asfalt i budynki stały pośrodku błota z czerwonej ziemi, żółtej trawy i góry, ale za to pod ogromną i pełną tęczą! Po drugie, między jednym a drugim punktem kontrolnym było… 14 km 🙂 A między nimi oczywiście nic.

O 23 dotarliśmy pod wskazany przez Hernana adres i zostaliśmy przywitani przez jego rodzinę. Oczywiście była kolacja, wino, piwo no i czekał na nas pokój ze świeżą pościelą i ręcznikami. Kto nie podróżował długodystansowo ten może nie wiedzieć, że są to dobra luksusowe dostępne tylko w dobrych hostelach i hotelach.

Przez kolejne dni czuliśmy się jak w domu. Robiliśmy pranie, gotowaliśmy, wieczorami było tradycyjne argentyńskie jedzenie: asado (grill) i pollo al disco (kurczak z warzywami przyrządzony w specjalnym, dużym naczyniu i na piecyku przypominającym kozę).

Rodzina Hernana, mimo, że byliśmy praktycznie obcymi dla nich ludźmi, przyjęła nas z otwartymi ramionami pod swój dach i jeszcze zadbała, żeby nie zabrakło nam niczego. Przed każdym posiłkiem modlili się za nas, za naszą podróż i za nasze wizy do Kanady 🙂

Dom Claudii i Leonardo jest bardzo wyjątkowy i otwarty, tak samo jak oni sami. Kiedy widzą po drodze autostopowiczów a zapada już zmrok, zawsze zabierają ich do siebie. Przyjmują też nastolatków z problemami z uzależnieniem. Na kolacje wpadają siostry zakonne z Meksyku, znajomi ich dzieci, znajomi z Kościoła. Dla każdego zawsze znajdzie się miejsce.

Klaudia jako dziecko i nastolatka nie miała domu i zawsze mówiła, że jak będzie go mieć, będzie się nim dzielić z tymi, którzy go potrzebują. Jak widać, nie były to puste słowa.

Jej osoba jest niesamowicie ciekawa. W jej żyłach płynie w 100% indiańska krew, z plemion Mapuche i Tehuelche. Jest jedną z 1000 ostatnich takich ludzi na świecie. Ma charakterystyczne uwydatnione kości policzkowe i czarne, lśniące włosy do pasa. Jej ojca zamordowano za rasę i ziemię, którą posiadał. Od dziecka musiała zarobić na swoje utrzymanie, trafiła do obozu dla Indian, w którym zabrano jej tożsamość, a nadano numer. Mimo wszystkich krzywd i przeciwności losu, jest chodzącym dobrem, tak samo jak jej mąż, Leonardo. Tacy ludzie zmieniają nasze podejście życia i jesteśmy wdzięczni, że nasze drogi się splotły. Wszystko dzięki autostopowi 🙂

Ushuaia Koniec Świata

Ushuaia koniec świata

Ushuaia koniec świata

W międzyczasie razem z Hernanem dwukrotnie wybraliśmy się do Ushuaia, najbardziej wysuniętego na południe miasta, które zwane jest końcem świata. Po drodze zrobiliśmy kilka trekkingów i zaliczyliśmy chyba wszystkie punkty widokowe.

Samo miasto jest pięknie położone i przy ciepłym świetle zachodzącego słońca wyglada trochę jak alpejski kurort, tylko, że nad morzem.

Udało nam się tam zdobyć pieczątki do paszportu, że dotarliśmy na koniec świata!

Ushuaia koniec świata

 

Zrobiliśmy też trekking do Laguny Esmeralda, gdzie spędziliśmy noc pod namiotami.

Weszliśmy na lodowiec Martial i nie było to  najwspanialsze doświadczenie, ale o tym kiedy indziej…

Laguna Esmeralda

Laguna Esmeralda

Po wspaniałych 10 dniach na Ziemi Ognistej, Leonardo i Claudia odwieźli nas na granicę argentyńsko – chilijską. Żegnaliśmy się wszyscy ze łzami w oczach a potem  kolejny raz wystawiliśmy kciuka i pomknęliśmy dalej w stronę Puerto Natales.

 Ostatnie selfie

Podoba się? Udostępnij... 🙂 Share on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter
Share on Google+
Google+
Pin on Pinterest
Pinterest