Przez piekło na rajską Koh Tao

Bangkok żegnał nas kapryśną aurą i temperaturą około 15 stopni, kiedy wsiadaliśmy w nocny autobus do Chumphon. Na miejscu przyszło nam jeszcze poczekać 2 godziny w strugach deszczu (na szczęście pod zadaszeniem) na katamaran, którym mieliśmy dostać się na Koh Tao. Nie sądziliśmy, że cieplejsze kurtki tak szybko nam się przydadzą, a jednak! Nie sądziliśmy również, że ten krótki rejs okaże się być traumatycznym doświadczeniem!

Sam boarding przebiegł dość sprawnie. Pogoda ustabilizowała się, przestało padać. Może trochę bujało mostkiem, ale nie było to też nic nadzwyczajnego. W środku załoga latała między rzędami siedzeń rozdając małe, plastikowe torebeczki, w razie gdyby kogoś zemdliło (teraz już wiemy, że to nie była standardowa akcja). Pierwsze 15 minut od wypłynięcia z portu było nawet zabawne, dość mocno nami bujało kiedy wznosiliśmy się i opadaliśmy z kilkumetrowych fal, trochę jak na rollercosterze, słychać było chichotanie i ciche okrzyki ekscytacji z powodu motyli w brzuchu. Potem było już coraz ciszej i zaczęły się jęki, stęki, biadolenie i… rzyganie. Po godzinie już jakieś 50% pasażerów siedziało nieprzytomnie wpatrzonych w swoje plastikowe woreczki a reszta ciężko oddychała bo fale były coraz większe. Po kolejnych 30 minutach było to już jakieś 90%. Bujanie było nie do zniesienia, co chwile rozbijaliśmy się o kolejną taflę wody, która zaczęła wlewać się dachem. Z każdą minutą wymiękali kolejni zawodnicy w tej nierównej walce wydając z siebie przeróżne, obrzydliwe dźwięki. W tych warunkach rejs wydłużył się o jakąś godzinę i właśnie te ostatnie 60 minut było dla nas (i dla całej reszty podejrzewamy też) prawdziwym piekłem. Modliliśmy się, żeby to się jak najszybciej skończyło, żeby już dopłynąć do brzegu i wyjść na ląd i już nigdy, przenigdy nie wrócić na pokład. Każda minuta wydawała się trwać w nieskończoność, ale w końcu dobiliśmy do brzegu i nieprzytomni pomaszerowaliśmy do wynajętego pokoju, przebijając się przez dzikie tłumy taksówkowych naganiaczy.

Koh Tao jest niewielką wysepką (około 20 km 2) a zarazem jedną z największych i najtańszych baz nurkowych na świecie. Można to zauważyć już od pierwszych chwil, bo od wyjścia z portu szkoły są praktycznie na każdym rogu. My też postanowiliśmy zrobić tu nasz kurs Open Water Diver, o czym przeczytacie w tym poście.

Oprócz wszechobecnej nurko subkultury, od pierwszej chwili w oczy rzuca się tu luz i, niestety, wpływ zachodu. W okolicy portu jest cała masa knajpek, które spokojnie mogłyby konkurować z warszawską hipsternią (także cenami!). Po ulicach snują się boso turyści, od niechcenia stawiają kroki chyba niezadowoleni z chmur na niebie. Nic specjalnie się tam nie dzieje, raczej spokojna okolica. Za to u pana, który stacjonuje przy 7/11 można zjeść najlepsze na świecie tajskie naleśniki! Mango z wanilią, lepszych nie jedliśmy nigdzie indziej 🙂

Okolice Sairee Beach zdecydowanie bardziej tętnią życiem. Tam znajduje się znaczna większość szkół nurkowania, restauracji, barów i wszelkiego typu kwater. Nocą główny deptak przy plaży zamienia się w bajkowy tunel z tysiącem migających lampek i kolorowych lampionów zwisających z drzew. Niewielkie plaże za dnia nie są zbytnio zatłoczone, można spokojnie znaleźć ustronne miejsce tylko dla siebie lub rozłożyć się w okolicy jakiejś knajpki z chilloutową muzyką.


Wieczorem przed co drugim plażowym barem są pokazy tańczących z ogniami chłopaków, które są naprawdę fajnym widowiskiem i przyciągają sporo ludzi. Można też spotkać grupy z pubcrawlingu (czyli wycieczce integracyjnej z przewodnikiem po barach, obejmującej spożycie sporych ilości alkoholu), bardzo liczne i bardzo roześmiane (niestety nie było nam dane w tym uczestniczyć, ale zostawiamy to sobie na klejny raz).


Jednak wyspa z pierwszych dwóch dni naszego pobytu zupełnie nie przypominała tej opisanej powyżej. Przez sztorm, w którym mieliśmy nieszczęście płynąć, zalało całą plażę i przybrzeżne budynki. Fale musiały być naprawdę duże bo zmyło nawet jednego dj’a wraz z soundsystemem! Woda utrzymywała sie na tak wysokim poziomie przez jakieś 2-3 dni, w czasie których nie działo się tam prawie nic. Nam to zupełnie nie przeszkadzało bo akurat byliśmy pochłonięci nurkowaniem.

Oprócz nurkowania i plażowania, można, a nawet trzeba (jeśli ktoś czuje się na siłach) wypożyczyć skuter i pozwiedzać pozostałe zakątki wyspy, które są równie piękne i klimatyczne jak okolice Sairee Beach. Tu od razu małe ostrzeżenie: na Koh Tao nie ma lekko! Drogi nie są ani równe, ani płaskie, ani puste, ani bezpieczne. Jest mnóstwo dziur, piachu, czasem drogi są nieutwardzone, strome podjazdy i zjazdy pewnie wykończyły już niejeden skuter. Ale warto, zdecydowanie warto dla tych wszystkich widoków.

nasza chatka z siatkami w oknach

nasza chatka z siatkami w oknach

Nasz pobyt trwał 8 dni i z pewnością jeszcze tam wrócimy, z kilku powodów. Po pierwsze i chyba najważniejsze, bardzo nam się podobało! Koh Tao ma swój wyjątkowy klimat, którego nie mają inne wyspy. Po drugie, chcemy tam jeszcze ponurkować! Po trzecie, mimo dość długiego pobytu, zabrakło nam czasu na dokładniejsze pozwiedzanie wyspy. 4 dniowy kurs nurkowania pochłonął jednak sporo czasu i zdecydowanie więcej energii, a tuż po jego zakończeniu Paweł dostał bardzo wysokiej gorączki. Okazało się, że to angina, więc wjechał antybiotyk i przymusowy pobyt w łóżku w naszym super domku bez szyb w oknach. Tak, tak, dokładnie, były tam tylko siatki na komary, duży przewiew i totalny dźwiękowy kontakt z naturą. Do dziś nie wiemy co wydawało te wszystkie odgłosy nocą, ale było ciekawie!

Z informacji praktycznych:

• Wyspy są zdecydowanie droższe od lądu i dotyczy to zarówno noclegów, jedzenia i cen w sklepach. Chociaż nadal wszystko jest bardzo przystępne cenowo, wystarczy tylko poszukać 😉 No może oprócz kremów do opalania, które lepiej kupić przed przyjazdem bo liczą sobie około 500-600 Baht za małą buteleczkę.

• Skutery są bardzo tanie (od 150 Baht za dzień), ale w zastaw zazwyczaj trzeba zostawić paszport. Widzieliśmy dużo spektakularnych upadków na jednośladach, co zazwyczaj wiąże się z dużym obciążeniem dla portfela za naprawę. Fakt, że nasz paszport jest w depozycie działa tu niestety na niekorzyść, no bo jak nie zapłacisz to nie wyjedziesz, proste. Przy podpisywaniu umowy zazwyczaj dostaje się wykaz z cenami za części do skutera i lepiej się z nim zapoznać, żeby potem nie zrobić wielkich oczu. A jak nie czujesz się na siłach na takie atrakcje to zwyczajnie odpuść. Lepiej mieć całe nogi i posiedzieć na plaży. Albo iść na piechotę 😉

• Nie wsiadaj na łódkę przy złych warunkach pogodowych! Jak na brzegu są duże fale, to na morzu będą pewnie jeszcze większe. Nie chcesz, naprawdę nie chcesz przeżyć tego co my!

 

Podoba się? Udostępnij... 🙂 Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Pin on Pinterest