Podróżnicze pierwsze razy

Jest w podróżach jakaś siła, która popycha nas dalej i dalej, każe łamać bariery i doświadczać nowego. I jest to coś pięknego bo po pierwsze odkrywasz, że gdyby nie okoliczności w których się znajdujesz, nie odważyłbyś się, nie miał okazji tego spróbować lub zwyczajnie nie doświadczył podobnej sytuacji. Po drugie, nagle okazuje się, że niektóre nowe doświadczenia są niesamowite i chcesz ich więcej a nawet chcesz by były częścią twojej codzienności. Po trzecie, te pierwsze razy na zawsze pozostają w pamięci i wspomina się je z ogromnym sentymentem. Oto lista naszych najciekawszych pierwszych w życiu podróżniczych doświadczeń (będziemy ją jeszcze uaktualniać!)

Skok za spadochronem

Doświadczenie jedyne w swoim rodzaju, emocjonujące i ekscytujące. Nasz pierwszy w życiu skok ze spadochronem zaliczyliśmy chyba w jednym z najpiękniejszych miejsc jakie było nam dane zobaczyć – nieopodal Queenstown w Nowej Zelandii. Wyskoczyliśmy z samolotu nad długim na 100 km jeziorem, przy niesamowitym łańcuchu górskim i z widokiem na lodowiec. Niepowtarzalne przeżycie!

Noc pod chmurką w parku

Jednej nocy w Tokio nie mieliśmy za bardzo gdzie się podziać. Jako, że o 2 nad ranem musieliśmy zająć już miejsce w kolejce do targu rybnego Tsukiji, nie chcieliśmy wydawać tylu pieniędzy na kilka godzin snu (noclegi w Japonii są naprawdę kosztowne – przeczytaj więcej o cenach w Japonii). Postanowiliśmy więc spędzić tę noc w parku pod chmurką (bo nie mieliśmy namiotu). Znaleźliśmy ustronne, w miarę zaciemnione miejsce pod drzewem i rozłożyliśmy zakupioną wcześniej za 100 jenów (~4 zł) matę. Po poranku spędzonym na targu Tsukiji wróciliśmy do tego samego parku i pospaliśmy jeszcze kilka godzin 🙂

Pod namiotem na mrozie

Spaliście kiedyś pod namiotem przy minusowych temperaturach? My wcześniej też nie! Ba, nawet taki pomysł nie przyszedłby nam do głowy! Ale czasem nie ma innej opcji i wtedy człowiek dowiaduje się, że owszem, da się 😉 Południowa wyspa Nowej Zelandii nie rozpieszcza temperaturami nocą. Można powiedzieć, że podczas naszej miesięcznej wyprawy codziennie było nam zimno. Ale jedna noc była wyjątkowa! Aż nie mogliśmy spać z tego chłodu. Nad ranem okazało się, że nasz namiot pokryty jest cienką warstwą lodu. Następnym razem zdecydowanie zainwestujemy w grubszy śpiwór 😉

Couchsurfing

O Couchsurfingu wspominaliśmy już Wam niejednokrotnie (tu możecie przeczytać o tym więcej). Jest to zdecydowanie to doświadczenie, które totalnie zmieniło naszą podróż i bez którego już nie wyobrażamy sobie naszego życia. Dzięki tej społeczności mamy przyjaciół w wielu krajach, mogliśmy doświadczyć lokalnej kultury, domowej kuchni i zobaczyć życie z perspektywy lokalnego mieszkańca. Nigdy nie spodziewaliśmy, że możemy otrzymać tyle dobra od ludzi, których dopiero co poznaliśmy. Tak, zdecydowanie chcemy więcej!

Co to jest Couchsurfing

Policyjny Test narkotykowy

Nie wiem jak Wam, ale nam nigdy wcześniej się to nie przydarzyło. Są jednak miejsca i okoliczności, które sprzyjają takim doświadczeniom 😉 Na trasie naszego road tripa po Australii znalazł się duży hipisowski festiwal Mardi Grass w miejscowości Nimbin. Już sama nazwa może Wam dać główną ideę całego przedsięwzięcia. Ostatniego dnia festiwalu wszystkie drogi wyjazdowe z miasteczka były obstawione policyjnymi checkpointami a wybrańcy przechodzili dokładną kontrolę. Jako, że wyglądaliśmy na bardzo imprezową ekipę, nie upiekło się nam a w zasadzie mi, bo miałam przyjemność kierować tego dnia. Oczywiście oba testy wyszły negatywnie (alkoholowy i narkotykowy), ale samo doświadczenie było lekko stresujące. Na szczęście po odczytaniu wyników policjant zmienił ton głosu, zaczął wypytywać o nasze dalsze plany i życzył dobrej zabawy 😉

Gdzieś na szczycie góry

Zdarzało nam się wcześniej zdobywać górki i pagórki, ale to właśnie podczas tej podróży stanęliśmy na najwyższym dla nas szczycie, na Górze Fuji (3,776 m). Łatwo nie było, całonocne podejście mocno dało nam w kość ale dla tego wschodu słońca i widoków zdecydowanie było warto!

Japonia_Fuji_morning

Nocny marsz przez dżunglę

Bedac na wyspie Koh Rong Samloem w Kambodży, wybraliśmy się na trekking przez dżunglę na drugą stronę wyspy, skąd podziwiać można zachód słońca. 40 minutowa przechadzka była przyjemna i niezbyt wymagająca. Po przepięknym zachodzie słońca przyszło nam jednak wracać po ciemku przez dżunglę i było to przeżycie równie ekscytujące co traumatyczne! Na nogach mieliśmy sandały a w światłach latarek naszym oczom ukazało się całe mnóstwo różnorakich pająków, które po zmroku ochoczo wylazły na ścieżkę. Ogólnie mieliśmy wrażenie, że dżungla ożyła i wszystko wokół nas się rusza a my w tej całej układance jakoś tam nie pasujemy. Ale w pewnym momencie poczuliśmy się jak w bajce bo na naszej drodze pojawiły się świetliki! Zgasiliśmy latarki, zapomnieliśmy nawet o pająkach! Wyglądało to magicznie i chociażby dla tego widoku warto było się w tej dżungli ciemną nocą znaleźć 🙂

Freedom camping

Freedom camping, czyli spanie na dziko, to ciekawa alternatywa dla oficjalnych rządowych oraz prywatnych pól namiotowych. W Australii, w okolicy największych turystycznych atrakcji, ciężko o darmowy camping a ceny tych płatnych są mocno zawyżone. Oczywiście spanie na dziko jest zabronione a kary przekraczają 250$, ale kto nie ryzykuje ten nie ma! Nie ma niesamowitych doświadczeń i wspomnień! Nasze wspomnienia to noc na klifie nad oceanem z wichurą, która poskładała nam namioty! Trzeba było się ewakuować trochę w głąb lądu w środku nocy, ale wróciliśmy na wschód słońca i podziwialiśmy rodzinę delfinów skaczących wśród fal.

Zapamiętamy też noc na plaży w Noosa, gdzie pod chmurką, przyodziani tylko w śpiwory, spaliśmy gdzieś na pograniczu piasku i gęstych krzaków. Tuż przed wschodem słońca na pobliskim parkingu pojawił się strażnik i zaczął wlepiać mandaty. Na szczęście na czas dostaliśmy cynk i cała nasza kilkunastoosobowa grupa wyłoniła się z ukrycia, rozsiadła na plaży. My tu wcale nie śpimy, my tylko przyszliśmy na wschód słońca 😉

Moonbow

Tak, też nie wiedzieliśmy co to dopóki nie zobaczyliśmy tego na własne oczy. Moonbow to księżycowa tęcza, czyli drobinki wody rozświetlone przez światło odbijające się od księżyca. Naszą pierwszą księżycową tęczę zobaczyliśmy w Australii podczas nocy spędzonej na klifie.

Dumpster diving

Z dumpster divingiem pierwszy raz zetknęliśmy się w Australii i było to coś, co zupełnie zmieniło nasze podejście do szeroko pojętego konsumpcjonizmu. Społeczność, z którą mieszkaliśmy w Melbourne dzięki dumpster divingowi zapewniała codziennie wyżywienie dla 30 osób! Jak, zapytacie? W skrócie polega to na wykorzystaniu żywności wyrzucanej przez supermarkety. W Australii sklepy mają bardzo rygorystyczne wytyczne i zasady. Towar, który w Polsce byłby normalnym, pełnowartościowym produktem tam ląduje na śmietniku. Wystarczy, że na bananie jest kilka czarnych plamek i już nie spełnia on wymogów jakościowych. Takie podejście skutkuje tym, że przysklepowe kontenery wypełnione są dobrym, pełnowartościowym jedzeniem, które przy odrobinie wiedzy i sprytu można wykorzystać. Oprócz jedzenia można znaleźć też alkohol, ubrania, środki czystości, kosmetyki, artykuły papiernicze i inne. Temu tematowi poświęcimy jeszcze osobny wpis.

Przeszukanie przez policję

Jak pewnie wszyscy wiecie, Azja i narkotyki to bardzo śliski temat. Lokalna policja jest szczególnie wyczulona na tym punkcie i dość często w związku z tym zdarzają się kontrole i przeszukania. Wyobraźcie sobie taką sytuację. Jedziemy skuterem przez malutkie wioseczki w Tajlandii, gdzieś w okolicy Chang Mai. Przystajemy na chwilę żeby sprawdzić mapę a z domku obok wychodzi gdzieś na oko 5 latka ze słowami na ustach „Marihuana? Opium? Cheap!” Z wewnątrz domku sytuacji przygląda się tata. Odjeżdżamy a kawałek dalej, na głównej drodze, rozstawiony jest policyjny checkpoint. Z przyzwyczajenia po Kambodży i łapówkarskiej policji zawracamy i próbujemy uniknąć tego spotkania. Tajscy policjanci ruszają jednak za nami w pościg i już po chwili musimy się grubo tłumaczyć a nasze plecaki są trzepane wzdłuż i wszerz. Mało tego, sprawdzają też krok po kroku całe pobocze drogi czy przypadkiem czegoś nie wyrzuciliśmy po drodze. Gdybyśmy źle trafili, w tym momencie mogliby nam coś spokojnie podrzucić i bylibyśmy w głębokiej… dziurze. Przy kolejnym checkpoincie już grzecznie zatrzymujemy się do kontroli.

Ucieczka przed policją

Ta próba ucieczki przed policją nie była tą pierwszą 😉 W Kambodży, żeby uniknąć zatrzymania przez służby, które zawsze owocowało w konieczność wręczenia łapówki, uciekaliśmy często gęsto. Zdarzały się gwałtowne zawrotki a nawet jazda na rondzie pod prąd. Na szczęście tam to norma a sam zwyczaj podpatrzyliśmy od miejscowych 😉

Sneak – iny

W podróży, jak w życiu, czasem zakazany owoc smakuje najlepiej! Czasem trzeba nagiąć trochę zasady, żeby go skosztować. Sneak in po angielsku znaczy wślizgnąć się gdzieś niepostrzeżenie. To właśnie musieliśmy zrobić w Japonii żeby na własne oczy zobaczyć ogromny, opuszczony park rozrywki Dreamland. Był to jeden z najbardziej emocjonujących dni w Japonii i niesamowita przygoda. Klimat tego miejsca był wręcz nierealny, trochę jak z filmu czy gry komputerowej. Zresztą nie będziemy się rozpisywać, tu możecie zobaczyć to sami!

Dreamland brama

Jedziemy autostopem!

Nasza podróż to też pierwsze poważne spotkanie z autostopem. W Polsce mieliśmy okazję tylko liznąć tej przygody, która na dobre rozpoczęła się gdzieś w Azji. Stopem przejechaliśmy Japonię i Tajwan, niektóre odcinki naszej trasy po innych azjatyckich krajach a całkiem niedawno dostaliśmy się tak z Amsterdamu do Warszawy. Poznaliśmy wielu ciekawych ludzi i otrzymaliśmy masę ciekawych informacji 🙂

Japonia_autostrada

Podoba się? Udostępnij... 🙂 Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Pin on Pinterest