Ale Jazda

Podróż dookoła świata. Jak to się zaczęło?

Po każdym urlopie wracaliśmy do domu z niedosytem: że za krótko, za mało, za szybko, że chcemy więcej. Siedząc za biurkiem w pracy myśleliśmy już o kolejnym wyjeździe a im bliżej do niego było, tym bardziej niecierpliwie przebieraliśmy nogami. Pomysł, a raczej marzenie o podróży dookoła świata zrodziło się w naszych głowach już jakiś czas temu, jednak musieliśmy do niego dojrzeć. Perspektywa życia bez pracy, jakkolwiek atrakcyjna i ekscytująca by nie była, zawsze wiąże się z niepokojem, zwłaszcza o brak wyczekanego wpływu na konto pod koniec każdego miesiąca. Także chyba z tą myślą przyszło nam się oswajać najdłużej, jednak oboje nie chcieliśmy stać się niewolnikami komfortu pracy na etacie i żyć bojąc się sięgnąć po własne marzenia.

wesele punkt zwrotny

Punktem zwrotnym w podjęciu decyzji był nasz ślub, do czasu którego odłożyliśmy wszelkie plany dalekich podróży. Po wielkich emocjach, kilkudniowym rejsie poślubnym po mazurskich jeziorach, powrocie do domu i pracy, wróciliśmy do tematu. Wtedy też dotarło do nas, że decyzję podjęliśmy tak naprawdę już jakiś czas temu a teraz dopiero nadeszła tego świadomość. Nagle byliśmy pewni, że jedziemy! Bo przecież raz się żyje, a kto nie ryzykuje ten nie pije szampana. I chociaż zamiast szampana raczej piliśmy zimne piwo, za to w tylu fantastycznych miejscach, które wcześniej oglądaliśmy jedynie w telewizji lub na ekranie komputera.

 

Gdzie już byliśmy?

KOLAZsmallNaszą przygodę rozpoczęliśmy w Bangkoku, który wciągnął nas już od pierwszego dnia. Zupełnie inny świat, nowa rzeczywistość, gwar, skutery, tuk tuki, plątanina kabli, uliczne stragany i płynące z nich morze zapachów. Chłonęliśmy tę egzotykę zapuszczając się w odległe zakamarki, zupełnie nieturystyczne dzielnice, korzystając z darmowego transportu publicznego i z oferty napotkanego streetfoodu. Po tygodniu wyruszyliśmy na południe na długo wyczekany i upragniony relaks na tajskich wyspach. Po traumatycznym rejsie dostaliśmy się na rajską wyspę Koh Tao, gdzie zrobiliśmy kurs nurkowania. Na kolejnej wyspie, Koh Phangan, świętowaliśmy wszystkie fazy księżyca brodząc po kostki w ciepłej fali przypływu z alko wiaderkiem w ręku. Za dnia skuterem odkrywaliśmy różne zakątki, dzikie plaże i wodospady. Ostatnią z tajskich wysp, jaką odwiedziliśmy było Koh Phi Phi, gdzie zrobiliśmy Island hopping, czyli całodniową wycieczkę po okolicznych wyspach i wysepkach. Turkusowa woda, biały piasek, szum fal, kolorowe rybki – było cudownie!

Koh Phi Phi wyspa

Po wspaniałym wypoczynku wróciliśmy na ląd i ruszyliśmy do Malezji. W George Town odkrywaliśmy street art, ukryty czasem w zakamarkach tajemniczych uliczek i próbowaliśmy osławionych specjałów kuchni wielu kultur. Po kilku dniach dotarliśmy do Kuala Lumpur i mieliśmy okazję poznać różne oblicza malezyjskiej stolicy. Długo jednak nie zagrzaliśmy tam miejsca i w kilka godzin dostaliśmy się do Singapuru. Razem z Łukaszem udało nam się zakosztować lokalnego życia i singapurskiego uwielbienia do jedzenia.

Po tygodniu wsiedliśmy w samolot i przenieśliśmy się do zupełnie innego świata, do Kambodży. Phnom Penh przybliżyło nam krwawą i nie tak odległą historię narodu khmerskiego, który zyskał naszą ogromną sympatię za wszechobecny uśmiech. Razem z grupą znajomych z Warszawy wyruszyliśmy na południe, w stronę wody, piasku i słońca. Najpierw zamieszkaliśmy na plaży Otres a poranki zaczynaliśmy od orzeźwiającej kąpieli w morzu. Potem promem, razem z kurami, jajkami i przeróżnym dobytkiem popłynęliśmy na wyspę Koh Rong a następnie na Koh Rong Samloem. Doświadczyliśmy cudownego odcięcia od cywilizacji, całymi dniami chodziliśmy boso po białym piasku i kąpaliśmy się w turkusowej wodzie co kilka chwil przecierając oczy ze zdziwienia, że raj na ziemi jednak istnieje. Nocą leżeliśmy na plaży i wpatrywaliśmy się w miliony gwiazd na niebie a potem w morze połyskujące od świecącego planktonu. Magia! Plaże w Kambodży to jedne z najpiękniejszych jakie widzieliśmy w naszym życiu.

plaze_kambodzy

Po powrocie na ląd ruszyliśmy w stronę Kampot, małego miasteczka, które słynie z wyjątkowej, pełnej relaksu atmosfery. Codziennie jeździliśmy na skuterowe wycieczki po okolicy, chłonęliśmy piękne widoki zielonych gór, czerwonej ziemi i roześmianych dzieciaków.
Po krótkim przystanku w Phnom Penh dotarliśmy na północ Kambodży, gdzie niczym Lara Croft i Indiana Jones odkrywaliśmy imponujące świątynie Angkoru.
Znów krótka przerwa w Phnom Penh i już mknęliśmy w stronę wietnamskiej granicy. Naszym pierwszym przystankiem było Ho Chi Minh City. Tętniące życiem miasto, pełne zapachów ulicznych garkuchni, miłych ludzi i skuterów. W życiu nie widzieliśmy tylu skuterów na raz! Ale Sajgon!
Z gwarnej metropolii przenieśliśmy się do niewielkiego nadmorskiego kurortu i kitesurferskiego spotu Mui Ne. Niestety ceny kursów okazały się zbyt wysokie dla naszego budżetu. Na szczęście Mui Ne to nie tylko kitesurfing. To także ocean, plaże, baśniowe strumyki, kolorowe wydmy, malownicza wioska rybacka.
podróż dookoła świata
W górskiej miejscowości Da Lat Na chwilę zmieniliśmy klimat na nieco chłodniejszy. Udało nam się odpocząć od lejącego się z nieba żaru i jeszcze nacieszyć się pięknymi wodospadami.
Wróciliśmy na wybrzeże prosto do przepięknej miejscowości Hoi An, której stare miasto w całości wpisane jest na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Da Nang zaskoczyło nas nowoczesnością, tysiącem nocnych świateł, szerokimi arteriami, oryginalnymi mostami i nocnym życiem. To właśnie w centralnym Wietnamie na dobre zakochaliśmy się w wietnamskiej kuchni. Pho, Quang noodle, banh xeo… Pycha!
kuchnia wietnamska
Czas nas gonił więc samolotem szybciutko przedostaliśmy się do Hanoi, gdzie zamieszkaliśmy u Zuzy i Travisa z Couchsurfingu. Dostaliśmy rowery (Green Wheels) i całe dnie jeździliśmy po mieście, po ruchliwych drogach i wąskich, kameralnych uliczkach. Wypożyczyliśmy też skuter i na kilka dni pojechaliśmy nad Halong Bay. Promem przedostaliśmy się na spokojną i niesamowicie zieloną wyspę Cat Ba. Radość dla oczu i odpoczynek dla płuc.
Po powrocie do Hanoi wyrobiliśmy wizy i znów ruszyliśmy dalej, w 24 godzinną podróż do Laosu, w czasie której pokonaliśmy zawrotne 560 km! Po przekroczeniu granicy zmieniło się wszystko. Góry zatrzymały chmury i pierwszy raz od długiego czasu poczuliśmy moc palącego słońca, zamiast miast były maleńkie wioski a zamiast budynków bambusowe chaty. Wysiedliśmy w pierwszej miejscowości, w której największą atrakcją była rzeka oraz wiszący most. Chcieliśmy odciąć się tam od świata, odpocząć i popracować nad blogiem. Niestety potężna nawałnica pokrzyżowała nam plany i po 24 h bez prądu, zmuszeni byliśmy opuścić Muang Khua. Jako, że w Laosie przejechanie 200 km to niczym wyprawa życia, do Luang Prabang dotarliśmy na raty. Była to pierwsza miejscowość, w której naprawdę coś się działo. Świątynie, wzgórza, Mekong, wodospady, night market – było w czym wybierać.
podróż dookoła świata
Po nieudanej próbie autostopa, ruszyliśmy busem do Vang Vieng. Miasto zaskoczyło nas swoim imprezowym klimatem i liberalnością. Pierwszy raz widzieliśmy w menu knajpy szejki z opium czy pizze z wesołymi grzybkami! Oprócz szalonych imprez były tam też przepiękne widoki, dająca ochłodę rzeka, malownicze góry, tajemnicze jaskinie, błękitne laguny i wodospady.
W stolicy Laosu, Wientiane, zatrzymaliśmy się tylko na moment by po raz kolejny ruszyć w dłuższą podróż na północ Tajlandii. Przesiadaliśmy się po drodze z 5 razy, ale po 24h udało nam się dotrzeć do celu. Przez kilka miesięcy zdążyliśmy trochę zapomnieć jak mili i pomocni są Tajowie i jak łatwo się tam podróżuje. No i znów mogliśmy zajadać się przepysznym Pad Thai’em, Pad see ew, curry!
Chiang Mai było dla nas dużą niespodzianką. Z jednej strony azjatycki charakter, gwarne ulice, masa przepięknych świątyń. A pośród tego nuta spokoju, artystyczna dusza i porośnięte zielenią malutkie uliczki, które przenosiły nas w zupełnie inny świat.
Na kilka dni wyskoczyliśmy do Pai, niewielkiej miejscowości położonej w górach i opanowanej przez hipisów. Piórka, pacyfki, koraliki, warkoczyki… Miasteczko żyło swoim powolnym życiem, pełnym spokoju i oderwanym od rzeczywistości. Wspaniale było poczuć ten wyjątkowy klimat.
Po powrocie do Chiang Mai ruszyliśmy na 3 dniowy trekking w góry. To jedno z ciekawszych doświadczeń na trasie naszej podróży. Przez cały czas byliśmy bez zasięgu, bez prądu, bez bieżącej wody, spaliśmy w malutkich wioskach gdzieś wysoko w górach, jedliśmy kolacje przy blasku świec i pod chmurką. W dzień pokonywaliśmy granice własnych możliwości pnąc się pod górę w 45 stopniowym upale, kąpaliśmy się pod wodospadem, zjeżdżaliśmy z naturalnych skalnych zjeżdżalni, podziwialiśmy widoki i chłonęliśmy odgłosy dżungli.
podróż dookoła świata

Gdzieś wysoko w górach, w maleńkiej wiosce

Z Chiang Mai polecieliśmy na Tajwan, do Tajpej, gdzie zaczęliśmy naszą kolejną przygodę, tym razem z Couchsurfingiem. Zobaczyć miasto z perspektywy lokalnego mieszkańca to zupełnie inne przeżycie niż mieszkanie w hostelu i zaliczanie atrakcji z przewodnika. A na Tajwanie Couchsurfing działa wspaniale! Przez ponad miesiąc czasu mieszkaliśmy u ośmiu rożnych hostów i tylko dwie noce spędziliśmy w hostelu (swoją drogą, najlepszym w jakim do tej pory byliśmy!). Poznaliśmy tylu fantastycznych ludzi, którzy dzielili z nami wszystko: od jedzenia, przez skuter, pokój, po swój czas i historie. Każdy, bez wyjątku, starał się by nasz pobyt był wypełniony atrakcjami.

Przed nami kolejne kilka tygodni na Tajwanie i z pewnością nowa porcja ciekawych historii i wspaniałych ludzi.
A co będzie dalej? Czas pokaże 🙂 My nie wiemy, gdzie będziemy spać za dwa dni, w jakim kraju będziemy za miesiąc ani na jakim kontynencie za pół roku ale po latach poukładanego życia jest to odmienna i miła perspektywa.  I jest super! Jaki z tego wniosek? Żeby zacząć realizować własne marzenia, trzeba opuścić strefę komfortu i zmierzyć się z nieznanym.

 podróż dookoła świataJeśli chcecie wiedzieć gdzie jesteśmy i co u nas słychać, zapraszamy na naszego bloga, stronę na Facebooku, kanał YouTube oraz Instagram.

Nasze plany

Pierwsza zasada podróży dookoła świata: nie planuj zbyt wiele.
W myśl tej właśnie zasady chcemy podróżować podejmując spontaniczne decyzje, nie wybiegając za bardzo naprzód. Wyruszając w podróż mieliśmy jedynie bilety w jedną stronę do Bangkoku i nocleg na pierwsze 3 dni. Dalsze decyzje postanowiliśmy podejmować już na miejscu, w zależności od nastroju, od tego czy nam się w danym miejscu spodoba i na co aktualnie mamy ochotę. Oczywiście mamy w głowach ogólny zarys naszej podróży, jednak nie jest to sztywny plan, który by nas w jakikolwiek sposób ograniczał. Chcielibyśmy zjeździć Azję południowo – wschodnią, następnie udać się do Australii, Nowej Zelandii i przez Hawaje dolecieć do USA i Kanady. Na koniec, w zależności od okoliczności (głównie finansowych) zostawiamy Amerykę Południową. Chcesz wiedzieć co z tego wyjdzie? Zapraszamy na bloga. Ale Jazda!

podróż dookoła świata blog

Podoba się? Udostępnij... 🙂 Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Pin on Pinterest