Ale Jazda

One night in Bangkok to za mało

Grand Palace i Wat Pho

Kolejnego dnia budzimy się o 12. Jet lag jeszcze trochę nam doskwiera i ciężko się przestawić. Sprawdzamy do której otwarty jest Grand Palace i świątynia Wat Pho. 15.30 i 18… Chwila zastanowienia… Powinniśmy zdążyć. Szybkie mycie, pakujemy mały plecak i ruszamy w miasto. Wyjście na ulicę z klimatyzowanego pomieszczenia można porównać do wejścia do sauny. Momentalnie bucha w nas gorące i wilgotne powietrze, cała skóra robi się lepka. Na początku jest ciężko, ale można się przyzwyczaić. Na śniadanie zamawiamy pad thai i ryżowe wstążki w słodkawym sosie z ulicznego baru. Kucharka jest bardzo zadowolona i uśmiechnięta, widać, że cieszy się z egzotycznych gości w swoich progach. W końcu jesteśmy z dala od centrum i praktycznie nie widać tu białych twarzy. Po kilku minutach dostajemy nasze dania. Są przepyszne! Analizujemy więc składniki: makaron, kurczak, pędy bambusa, trochę zieleniny, marchew… zaraz, zaraz. Ta marchew ma oczy! Mikro krewetki w całości to nasze pierwsze kulinarne odkrycie.

mikro krewetki znalezione w pad thai

Idziemy w stronę postoju tuk-tuków i taksówek bo metro nie dojeżdża do centrum (swoją drogą, nie powinno być dokładnie na odwrót?). Kierowca trójkołowca rzuca nam cenę 400 Baht, co jest ponad dwukrotnie wyższą ceną niż za kurs klimatyzowanym samochodem. Dziękujemy za ofertę i idziemy dalej złapać taryfę. Pierwszy kierowca chce 300 Baht, drugi 250 a trzeci zgadza się na kurs według licznika więc w końcu wsiadamy. Google maps pokazuje, że będziemy jechać 36 minut, jednak ostatecznie kończy się prawie na godzinie. Jeśli kiedykolwiek narzekaliście na korki w Warszawie to Bangkok bije naszą stolicę na głowę. Stoi dosłownie wszystko a światła zmieniają się co jakieś 5 minut. Trzeba mieć anielską cierpliwość w Mieście Aniołów. Dojeżdżamy do celu, taksometr pokazuje 159 Baht (normalnie wyszło by mniej ale w korkach opłata nalicza się szybciej). Płacimy kierowcy z napiwkiem za jego uczciwość, czym jest zaskoczony ale i zadowolony.

W centrum atmosfera jest zupełnie inna. Wszędzie kłębią się tłumy turystów, przede wszystkim japońskich. Mimo, że jest już 14 idziemy do Grand Palace licząc na to, że uda nam się wszystko zobaczyć. Zaraz za głównym wejściem obsługa zawraca nas do budynku przy samym wejściu, gdzie można się przebrać i wypożyczyć odpowiedni strój (tj. długie spodnie i koszulkę z rękawami – depozyt 200 Baht za sztukę i trzeba oddać do 16). My mamy swoje ubrania ale i tak musimy odstać swoje zanim udaje nam się przebić do przebieralni. Kupujemy bilety (500 Baht/os) i ustawiamy się w kolejnej kolejce, gdzie trochę jak bydło w zagrodach jesteśmy pędzeni do kontroli biletów i ostatecznie wpuszczeni na teren całego kompleksu.

Pierwsze wrażenie: jest pięknie! Ale panuje straszny chaos. Japończycy prześcigają się w ilości zdjęć, trochę ludzi wygląda na zabłąkanych, inni jeszcze pędzą od budynku do budynku, wszystko to w wielkim tłoku i ścisku. Kontrolując czas powoli zaczynamy naszą rundkę. Wszystko jest dla nas nowe i oryginalne, misterne zdobienia, dużo połyskującego w słońcu złota i te kolory!

Po godzinie docieramy do końca i czujemy lekki niedosyt, więc postanawiamy wrócić do pierwszej części kompleksu i poświęcić jej więcej czasu. Teoretycznie jest to niedozwolone, ale olewamy wielki znak zakazu i siedzących przy nim strażników, którzy swoją drogą mają chyba wszystko w głębokim poważaniu, i przeciskamy się pod prąd przez pędzący prosto na nas tabun Japończyków. Ku naszemu zdziwieniu za wąskim gardłem jest już mniej ludzi i w końcu można sobie spokojnie pozaglądać tu i tam. O 15.30 teoretycznie wszystko powinno zostać zamknięte, ale my bez żadnych problemów krążymy dalej. Jest super! Już praktycznie pusto, robimy na spokojnie zdjęcia, na których jesteśmy sami 🙂 (żadna z poznanych przez nas osób nie doświadczyła tego luksusu, więc chyba jest to dobry patent na zwiedzanie Grand Palace!). Dopiero o 16 strażnik zaprasza nas do wyjścia, z uśmiechem i kulturalnie. Miła, bardzo miła odmiana.

Idziemy na piechotkę do Wat Pho (Świątyni Leżącego Buddy). Po drodze zaczepiają nas kierowcy tuk-tuków i próbują sprzedać swoje historyjki, że niby świątynia jest dziś nieczynna, ale za drobną opłatą zabiorą nas do innej. Taaaa, jasne 🙂 Po raz kolejny dziękujemy, kupujemy za to trochę jedzenia z ulicznych straganów. Szaszłyki, świeże owoce, mini naleśniki z kremem. Wszystko pycha i za grosze. Sama świątynia nie robi na nas ogromnego wrażenia, ale już teren wokół niej jest bardzo przyjemny i nastrojowy. Jest mało ludzi, czasem nawet jesteśmy zupełnie sami. Szwędamy się po różnych zakamarkach. Słońce zaczyna zachodzić, dachy pięknie połyskują na złoto a na ławce para turystów rozmawia z mnichem o sensie życia, pieniądzach, wyborze i różnorodności.

gekon

Powrót do „domu” z przygodami. Wokół świątyni zmowa tuk-tukowo – taksówkowa. 300-400 Baht za podjechanie do najbliższej stacji metra (niecałe 6 km) to drogo nawet jak na warszawskie warunki. Odpalamy więc mapę, która prowadzi nas do najbliższego przystanku, z którego odjeżdża bezpośredni autobus do stacji Hua Lamphong. Czekając obserwujemy sprytne gekony siedzące w podświetlanych reklamach i pochłaniające zwabione tam owady. Autobus zatrzymuje się tylko na kilka sekund więc szybko wbiegamy do środka. Idziemy do kierowcy żeby kupić bilet ale ten z uśmiechem krzyczy do nas „For free, for free!”. No to jak for free, to siadamy. Nie ma klimatyzacji ale dopóki jedziemy nie ma problemu, bo wszystkie okna są otwarte. Ludzie patrzą się na nas jak na małpki w zoo. To chyba rzadki widok zobaczyć turystę w darmowym autobusie zamiast w taksówce. Na którymś z przystanków wsiada babunia więc chcemy ustąpić jej miejsca, ale zaskoczona naszym widokiem ucieka i macha rękami, że nie chce. Oczywiście z uśmiechem na twarzy. Miejsca ustępuje jej starszy pan i wtedy siada. Mimo fiaska, zapunktowaliśmy dobrymi chęciami u innych pasażerów bo zaczepia nas kobieta w średnim wieku i wypytuje skąd jesteśmy, ot tak, żeby z nami porozmawiać. W mniej turystycznych częściach miasta nie jest to nic nadzwyczajnego: ludzie się uśmiechają, pytają czy nie pomóc.

Przy metrze jemy kolację, oczywiście na straganie rozstawionym na chodniku. Stoliki nie należą do najczystszych, sztućce również, a naczynia i wok-a myje się w misce z wodą. Sanepid pewnie szybko zamknął by to miejsce, ale na szczęście nie zamknie a my zajadamy aż nam się trzęsą uszy.

 

Khaosan Road

Przenosimy się do hostelu do centrum, w okolice backpackerskiej mekki, czyli Khaosan Road. Wszędzie pełno niespecjalnie dbających o swój strój i, o zgrozo, higienę turystów. Chyba taka moda. Meldujemy się w recepcji hostelu Feel at home backpackers, ładujemy się z walizkami na 4 piętro do naszego 10 osobowego dorma. Potem wdrapujemy się jeszcze wyżej, na taras na dachu i podziwiamy widoki.

Burczenie w brzuchu motywuje nas do spaceru po okolicy. Siadamy tam gdzie najwięcej osób, w końcu to zawsze najlepsza rekomendacja. Bingo! Ceny bardzo atrakcyjne, jedzenie przepyszne i do tego jeszcze atrakcje. Właściciel Max okazuje się być magikiem i na deser serwuje nam różne sztuczki. Żadna tam tandeta, siedzimy z otwartymi buziami i zachodzimy w głowę jak on to zrobił? Przecież miał kartę w kieszeni a teraz wyciągnął ją z ust! Magical Thai Food zdecydowanie jest godne polecenia. Przez 3 dni kiedy mieszkaliśmy w centrum zjedliśmy tam 3 kolacje i za każdym razem Max fundował nam więcej rozrywki niż cały Khaosan razem wzięty 😉

Docieramy w końcu na sławetną Khaosan Road i następuje jednoczesny i zmasowany atak na wszystkie nasze zmysły. W oczy uderzają setki różnych świateł, w uszach dudni głośna muzyka a każdy bar chce zagłuszyć konkurencję, w powietrzu unosi się zapach jedzenia z setek straganów. Każdy chce zarobić na turystach, których jest tam w nadmiarze. Można tam kupić absolutnie wszystko. Ludzie na tej ulicy sprzedają bez przyczajki takie rzeczy jak: podrabiane dokumenty, balony z gazem rozweselającym, skorpiony na patykach (do jedzenia), podróbki ubrań wielu sławnych marek i wiele innych. Co około 20 metrów ktoś zaprasza nas na „ping pong pussy show”, na tajski masaż na ulicy, albo do zakupu „świetnej” jakości garnituru za jedyne 100$.
(na Khaosan Road wracaliśmy jeszcze w kolejnych dniach i tak powstała poniższa galeria)

Przeciskamy się z jednego końca ulicy na drugi (na szczęście nie jest długa), kupujemy sobie zimne Changi w seven eleven (taka tutejsza żabka 24h) i wdrapujemy się na dach naszego hostelu. Po 1 przychodzi do nas właściciel, żeby z uśmiechem na twarzy poinformować nas, że dach zamykany jest o północy. Zamieniamy kilka zdań. Okazuje się, że Ricky jest nie tyko „hostelarzem”, ale i programistą. Ma firmę w Szczecinie i często jeździ do Polski. Wchodzimy do naszego pokoju a tam wszyscy śpią. 1 w nocy, czwartek, najbardziej rozrywkowa okolica w Bangkoku a nasi wszyscy młodsi współlokatorzy śpią. Świat staje na głowie!

Tramwaj wodny

Następnego dnia jedziemy w odwiedziny do Wojtka, który na jakiś czas osiedlił się w Bangkoku. Łapiemy autobus, który znów okazuje się być darmowy. Żar leje się z nieba a z nas pot. Jedziemy prawie godzinę bo oczywiście całe miasto stoi. Z ulgą wysiadamy w okolicy Sukhumvit 39, bardziej nowoczesnej i bogatszej. We trójkę idziemy zwiedzać okolicę. Dochodzimy do kanału. Alejka wzdłuż niego jest dość ciemna, wyludniona i bardzo intrygująca, więc oczywiście schodzimy z głównej drogi i idziemy na rozeznanie. Jest spokój, nie ma praktycznie nikogo, raz mija nas skuter, raz rower, a kilka razy kanałem przepływa tramwaj wodny. Nagle droga się kończy i dalej są już tylko drewniane pale, które o dziwo prowadzą do kilku domków. Gdzieniegdzie poukładane są na nich deski, więc wszystko wskazuje na to, że jakieś wariaty latają po nich na skróty. Cały widok jest bardzo kontrastowy – bieda pierwszego planu z tłem podświetlonych wieżowców.

koniec drogi…

Decydujemy się na powrót do centrum. Sprawdzamy na mapie i okazuje się, że chyba najlepiej wsiąść w wodny tramwaj, chociaż Google Maps nie uwzględnia tego środka komunikacji. A szkoda! Przeprawa jest super szybka a sama jazda całkiem zabawna. Postój na przystanku trwa kilkanaście sekund, w ciągu których trwa wymiana pasażerów. Nie ma żadnych schodów ani oficjalnego wejścia. Do tramwaju trzeba po prostu jakoś wskoczyć. Między postojami łódeczka całkiem szybko zasuwa, tworząc spore fale rozbijające się o mury kanału. Gdzieś w połowie trasy zatrzymujemy się i wszyscy pasażerowie wysiadają. Po cichu klniemy w myślach, bo trzeba będzie kombinować inny transport. Ale okazuje się, że to przesiadka i wszyscy biegną do kolejnej łódki. Biegniemy i my!
Zresztą zobaczcie sami:

W hotelu otwieramy nasz polski napój wyskokowy i zapraszamy Rickiego na drinka. Prosi o słabego bo nie ma tak mocnej głowy jak polskie dziewczyny! Opowiada nam przy okazji kilka historii z Polski w której był około 50 razy. Rozmowa się klei, skręcamy się wręcz ze śmiechu. Okazuje się, że nasz host jest też reżyserem swojego filmu „Tricky Ricky” w którym będzie grał główną rolę. Bardzo, naprawdę bardzo ciekawy i przesympatyczny człowiek. Przy okazji wizyty w Bangkoku polecamy Wam zatrzymać się w jego hostelu i trochę z nim pogawędzić.

Podoba się? Udostępnij... 🙂 Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Pin on Pinterest