Księżycowa Koh Phangan

Rejs z Koh Tao na oddaloną o 60 km wyspę Koh Phangan trwa 1,5 godziny. Jest sporo połączeń w ciągu dnia a ceny wahają się od 350 do 700 Baht za osobę. Podróżowanie po Tajlandii rozleniwia. Autobus czy prom można zarezerwować praktycznie na każdym rogu w mini agencjach turystycznych, a w cenie zazwyczaj jest jeszcze taksówka do portu. Tak więc trzeba się tylko na ten róg pofatygować a potem wystawić siebie wraz z całym podróżnym dobytkiem przed hotel/hostel tudzież na jakiś umówiony przystanek. Dalej juz wszystko toczy się samo. Ceny w porcie są dokładnie takie same, więc nie ma co liczyć na oszczędności przez bezpośredni zakup biletów. Ba, można nawet być w plecy bo wtedy taksówka też jest po naszej stronie.

Kupujemy wiec najtańszy bilet, o danej godzinie taksówka zgarnia nas z umówionego punktu, jedziemy do portu, ładujemy się na łajbę i jazda, wszystko bez większego wysiłku. Główkować trzeba dopiero na miejscu.

Wysiadamy w porcie, który już na pierwszy rzut oka jest dużo większy od tego na Koh Tao. Znów przebijamy się przez gąszcz naganiaczy oferujących taksówki, hotele, pokoje i skutery. To, że są nachalni to mało powiedziane. Klniemy więc w myślach po raz setny odpowiadając „no, thank you”. Idziemy prosto do wypożyczalni skuterów i bierzemy swoje dwa kółka. Niezależność to podstawa! Na dwie tury jedziemy do naszego hostelu, bo dwie osoby i dwa plecaki to jednak ciut za dużo.

DSC01706

my + połowa naszych bagaży

Pierwsze trzy dni poświęcamy na to aby zjechać wyspę wzdłuż i wszerz. Oczywiście na dwóch kółkach. Skuter kosztuje 150-200 Baht za dzień w zależności od stanu i pojemności. Na Koh Phangan akurat lepiej zainwestować w ciut mocniejszy model bo jest stromo! I to bardzo! I czasem spotkać cię może niespodzianka w postaci kapcia pośrodku zupełnie niczego. Wtedy módl się o szczęście i przejeżdżającego akurat znajomego mechanika ze wsi, któremu chce się podjechać po kumpla i za niewielkie pieniądze w 10 minut ratują ci tyłek przenośnym zestawem do wymiany opon! Inaczej może czekać Cię godzinne pchanie skutera pod górę do najbliższego serwisu albo telefon do przyjaciela z wypożyczalni, który do najtańszych nie należy.

naprawa „kapcia” przy drodze

Centralna część wyspy, a zwłaszcza miasteczko przy porcie, pięknością nie grzeszy. Śmiało można wręcz powiedzieć, że jest syfiaste. I nudne. Jeśli więc nie planujecie wypożyczać skutera i liczycie na lokalne atrakcje przy kwaterze to zdecydowanie nie tam. Tam można wpaść wieczorem na nocny market z jedzeniem, pseudo elektroniką, podróbkami ubrań i lokalnym odpustem. I do portu na wyjeździe z wyspy.

nocny bazar

Północ jest spokojniejsza, pełna resortów na każdą kieszeń. Można zatrzymać się w luksusowym hotelu albo prostym domku na samej plaży. Można znaleźć zakamarek tylko dla siebie i rozkoszować się pięknym krajobrazem.

Do wschodniej części prowadzi kręta droga przez dość wysokie górki, na tyle wysokie, że nawet lekki chłodek powiewa. Drogi są nowoczesne, takie nawet europejskie, równe i z wydzielonymi ścieżkami rowerowymi! Nadal jednak strome. Prowadzą do pojedynczych resortów usytuowanych gdzieś pośrodku niczego. I wodospadów! Jak lubicie spokój i zen to tam się pewnie odnajdziecie.

Po zjechaniu całej wyspy decydujemy się jednak przenieść na jej południowo-wschodnią część. Po chorobie na Koh Tao czujemy niedosyt towarzyski, a wedle wszystkich źródeł to właśnie tam się dużo dzieje i można poznać ludzi. Wybieramy tani, ale bardzo fajny hostel „Lazy House Shenanigans„. Płacimy około 10 zł/os za łóżko w 4 osobowym dormie i po 2 dniach znamy już wszystkich Atmosfera jest bardzo rodzinna, wszyscy integrują się przy basenowym barze, są wspólne grille i zawody w bilarda a wieczorem jest grupowe wyjście na imprezę na plaży. Na tej plaży raz w miesiącu podczas pełni księżyca odbywa się tzw. full moon party. Ale każda okazja jest dobra do świętowania, więc obchodzi się tam także half moon, quarter moon, black moon i wiele innych faz księżyca. Niektóre eventy są w okolicznych zatoczkach, do których dostać się można jedynie taksówką wodną. Nie spróbowaliśmy ale rejsik w łupinie po wielkich falach i w totalnej ciemności morza musi być ciekawym doświadczeniem. Na codzień na Sunrise Beach są głośne imprezy ze standardowym planem atrakcji. Zaczyna się zazwyczaj od wychylenia alko wiaderka (takiego dużego drinka serwowanego w wiaderku). Potem przed barem Cactus można podziwiać pijanych ludzi bawiących się w fire limbo lub skaczących przez płonącą skakankę. Nie trzeba chyba mówić, że wielu kończy z poparzeniami, a nasz kolega widział nawet jak dziewczynie spłonęły włosy i gasiła pożar z głową w morzu. Po zakończeniu pijackiej olimpiady zaczyna się regularna impreza z hitami z satelity. Jak jest przypływ to tańczy się po kostki w cieplej wodzie, co jest akurat bardzo przyjemne. Gorzej jak się zdeponowało klapki pod którymś ze stołów – marna szansa na ich odnalezienie.

W ciągu dnia w zasięgu spaceru mamy 3 plaże. Wspomniana juz wcześniej Sunrise Beach, która jednak nie powala, oraz Sunset Beach i położona poniżej plaża przy resorcie Cocohut Beach & Spa. Te dwie ostatnie są naprawdę bardzo przyjemne i warte odwiedzenia.

Z dodatkowych atrakcji, na wyspie są 2 parki wodne. Jeden niestety był nieczynny, nie wiedzieć czemu bo sezon w pełni. Drugi, slipNfly, jak najbardziej działał, ale nie codziennie więc warto najpierw zapoznać się z grafikiem na dany tydzień. 4 dniowy karnet kosztuje trochę ponad 60 zł. Park nie oferuje zbyt wielu atrakcji bo są tam raptem 3 zjeżdżalnie, ale za to konkretne i z rozmachem. Nie dla wrażliwych, jedzie się szybko, wyskakuje wysoko a lądowanie może być równie wesołe co bolesne. Ale kto odważniejszy i opanowany, będzie się cieszył jak dzieciak!

Jeżeli chodzi o jedzenie, to niedaleko naszego hostelu, a dokładniej tu (spójrzcie na mapkę), znaleźliśmy nasz mały raj na ziemi. Jest tam koło siebie kilka tanich i przepysznych knajpek. Nasze serce podbił tam sum z grilla z ryżem i papaya salad. Niebo w gębie a zestaw dla dwojga to koszt około 15 zł! W knajpce obok były super zestawy śniadaniowe w bardzo dobrych cenach, była kawa z mlekiem kokosowym (o dziwo w kraju kokosa mało ludzi wpadło na to, że to pyszne i zdrowe) oraz fantastyczne massaman curry! Nawet pisząc to teraz ślinka aż cieknie!

 

Na Koh Phangan zabawiliśmy łącznie 8 dni z czego 2 ponadprogramowo bo z powodu bardzo silnego wiatru zawiesili połączenia promowe. Płynąc do Surat Thani, w obawie przed powtórką z traumatycznego rejsu na Koh Tao, zażyliśmy zakupione w aptece tabletki na chorobę morską, które dosłownie zwaliły nas z nóg na dobre 8 godzin!!! Odcięło nas absolutnie i spaliśmy jak zabici. Także uważajcie na tajskie specyfiki bo są mocne! I nie bierzcie 2 tabletek na raz bo pewnie nie wstaniecie 😉

 

Z porad praktycznych:

  • Koh Phangan jest sporo tańsze od Koh Tao, ale w sezonie Full Moon Party ceny idą w górę i obowiązują przedpłaty 100% za hostele.
  • Bez skutera za wiele się nie zobaczy a taksówki nie są na tyle tanie żeby sobie nimi zwiedzać. Jednak tutaj skuter zdecydowanie dla zaawansowanych a nie dla chcących zacząć swoją przygodę z dwukołowcem. Jest bardzo stromo a azjatycki sposób jeżdżenia to zdecydowanie inny stan umysłu.
  • Jeśli nie planujesz jazdy skuterem, wybierz fajną okolicę żeby się nie nudzić i coś ciekawego zobaczyć. Północne rejony wyspy polecamy dla spokojniejszych osób szukających wypoczynku, a południowo-wschodnią część (plaża full moon party) dla osób szukających wrażeń i dobrej imprezy.
Podoba się? Udostępnij... 🙂 Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Pin on Pinterest