Ale Jazda

Kampot i okolice – chillout idealny!

Do Kampot dotarliśmy w godzinach popołudniowych. Van wyrzucił nas na skrzyżowaniu zaraz za głównym mostem. Szliśmy wymarłymi uliczkami i mieliśmy wrażenie, że jesteśmy w mieście duchów. Nie była to na pewno miłość od pierwszego wejrzenia. Szybko jednak okazało się, że Kampot to taka oaza Kambodży, w której czas płynie inaczej, jest cisza i spokój a kierowcy tuk tuków nie zaczepiają przyjezdnych. Spodobał nam się ten chillout i planowane 3 dni wydłużyliśmy do tygodnia a każdy dzień spędzaliśmy odkrywając na skuterze Kampot, Kep, Bokor i okolice.

 Kampot_Kep_Sunset

Kampot

To niewielkie miasteczko położone nad brzegiem rzeki. W zasadzie da się je obejść na piechotkę, więc do poruszania się po samym mieście skuter potrzebny nie jest. Ale na skuterze szybciej, wiadomo, i więcej można zobaczyć.
Zatrzymaliśmy się w nowo otwartym hotelu kilka przecznic od rzeki i zagłębia barowego. Tak, pozwoliliśmy sobie na taki luksus z racji tego, że kosztował 9$ za dobę! Byliśmy pierwszymi gośćmi z Bookingu i z tej okazji chłopaki z recepcji codziennie dawali nam kiść mini bananów. W ogóle bardzo o nas dbali i starali się, żeby niczego nam nie zabrakło. Nawet oglądali z Pawłem w nocy mecz Juventusu w hotelowym lobby (co prawda zasnęli w połowie, ale mieli dobre chęci). Możemy szczerze polecić ten hotel. Dla nas, po kilku tygodniach w dziczy, bambusowych chatach, hostelach bez ścian i babraniu się w piachu, czysty pokój z własną łazienką to było spełnienie marzeń.
Kampot_Borey_Vatanac_Guesthouse
Życie w Kampot toczy się głównie w okolicach rzeki. Tam jest najwięcej barów, knajpek z jedzeniem i innymi atrakcjami. Trudno opisać klimat tego miejsca, najlepiej doświadczyć tego na osobiście. Jest tak spokojnie, niespiesznie, w powietrzu czuć relaks i zapach zioła. Nikt się z tym tu specjalnie nie kryje. Ludzie palą w knajpach, do śniadania, obiadu, kolacji, kawy. Palą w zasadzie cały czas i wszędzie. Ponoć ostatnio władze miasta wzięły sobie za cel zmianę tych obyczajów, ale z naszych obserwacji droga jeszcze daleka 😉
Co można robić w samym Kampot? Najlepiej chyba oddać się relaksowi. Iść na śniadanie nad rzekę, potem na kawę, pokręcić się po mieście, zjeść pyszny amok, napić się piwa, pogadać z ludźmi a wieczorem można skoczyć na imprezę, o dziwo przy dobrej muzyce. Z fajnych miejsc, godny polecenia jest Irish Bar na głównej ulicy przy rzece. Będąc tam zapytajcie o Garfielda – uwierzcie nam, będzie śmiesznie. Na jednej z ulic prostopadłych do rzeki jest tez buda z włoskim jedzeniem prowadzona przez Włocha i jego mamę. Samo miejsce wygląda raczej obskurnie, ale pyszna pizza i gnocchi po tygodniach diety ryżowej to prawdziwy rarytas. Towar szybko się rozchodzi, niektóre dania skończyły się 1-2 godzinach od otwarcia także spieszcie się!

Bokor

Na Bokor pojechaliśmy dwukrotnie, bo stwierdziliśmy, że raz to za mało. To góra oddalona o około 5 km od Kampot, na terenie której znajduje się park krajobrazowy. Prowadzi tam nowa, równa droga, pełna zakrętów, idealna na motor. Na większej wysokości często są chmury i trasa zyskuje taki tajemniczy charakter. Robi się też chłodniej, tak na bluzę, co jest prawdziwym wytchnieniem od lejącego się żaru z nieba w Kampot. Na szczycie jest sporo tras, które zaprowadzą nas do kilku ciekawych miejsc. Jest wodospad, chociaż my mogliśmy podziwiać jedynie skały bez wody, są pola ryżowe i „górskie” jezioro z plastikowymi łabędziami.
Kampot Kep
Obowiązkowym punktem wypadu jest opuszczony budynek kasyna, z którego przy dobrej pogodzie rozciąga się przepiękny widok sięgający aż po morze. Po kasynie można sobie swobodnie chodzić, zwiedzać wszystkie piętra, zgubić się w licznych korytarzach, poczuć trochę tajemniczej atmosfery i nieopowiedzianej historii tego miejsca (kasyno nigdy nie zostało ukończone).

Kampot Bokor Kasyno

Po drodze do kasyna, będziecie mijać po prawej stronie malutki, stary kościółek. Koniecznie zatrzymajcie się i zajrzyjcie do środka. To taka podróż do przeszłości. A potem trzeba wdrapać się na górę na jego tyłach. Przy krawędzi naszym oczom ukazuje się pionowa ściana a w dole hucząca dżungla. Można tak tam siedzieć godzinami i patrzeć.

 Kampot Bokor Church

Kampot Bokor Mountain View

Kep

Kep słynne jest przede wszystkim z targu rybnego i jest to sława zasłużona. Rynek jest niewielki, natomiast jest tam całe zatrzęsienie świeżych ryb prosto z grilla, owoców morza we wszelkich formach i wiele innych lokalnych przysmaków. Skusiliśmy się na jedną z ryb i obskubaliśmy ją co do ostatniej ości, taka była pyszna. A Cały zestaw kosztował niecałe 5$!
Już najedzeni postanowiliśmy pozwiedzać okolice Kep, bo samo miasteczko jak i plaża jakoś niespecjalnie nas ujęły. Pojechaliśmy w stronę parku narodowego, zgubiliśmy się  wśród czerwonych szutrowych dróg, trafiliśmy gdzieś na koniec świata gdzie nie było już nawet przejazdu. W końcu przez przypadek trafiliśmy do niewielkiej pagody Samathi położonej na końcu długich schodów, które wydawały się iść w poziomie (a nie szły!). Wdrapaliśmy się na górę z lekką zadyszką. Nie było tam żywej duszy i fantastycznie było tak kręcić się tam tylko we dwoje. Sama pagoda była przepięknie położona, wśród gąszczu roślin, z wieloma posągami zwierząt, zarośniętymi słoniami i widokiem na całą okolicę. Kolejne miejsce o niezapomnianej atmosferze!

 Kampot Kep Pagoda Samathi

Secret Lake i Pepper Farm

Droga prowadząca do tych miejsc była najciekawsza ze wszystkich, które pokonaliśmy w tej okolicy. Prowadziła przez małe wioski okalające czerwone, szutrowej drogi. Przyglądaliśmy się powolnej codzienności ich mieszkańców, którzy głównie kręcili się w okolicy swoich drewnianych domków, polegiwali na hamakach, bawili dzieci lub po prostu odwiedzali się nawzajem i rozmawiali. Zawsze na zewnątrz, zazwyczaj pod postawionym nam palach domem.

Kampot Kep Village

Dzieciaki biegały po drodze, całe umorusane ale uśmiechnięte, bawiły się ze sobą a na nasz widok rzucały wszystko i machały z całych sił. Krzyczały „Hello, what’s your name?” ale gdy odpowiadaliśmy i pytaliśmy o ich imiona, chichotały i uciekały zawstydzone. Na ten widok ogarniała nas trochę nostalgia za czasami naszego dzieciństwa i tak się zastanawialiśmy czy lepiej jak dzieciak bawi się patykami z rówieśnikami i ubrudzony w błocie czy gra na tablecie w swoim pięknym, kolorowym i załadowanym zabawkami pokoju. Dla nas uśmiechy maluchów zdają się chyba przemawiać za pierwszą opcją, ale to tylko nasze odczucia.
Kampot_Kep_Village
Przejazd przez wioski dał nam dużo do myślenia. Żyjący tu bardzo skromnie ludzie byli zawsze uśmiechnięci i życzliwi. Warto docenić w takich momentach to co się ma. My doceniliśmy jeszcze bardziej fakt, że możemy podróżować i zobaczyć takie miejsca na własne oczy. Wielu z tych ludzi, których widzieliśmy po drodze, nie pojedzie nigdy dalej niż do miasta. Oby chociaż tym dzieciaczkom było kiedyś łatwiej.
W końcu dotarliśmy do sekretnego jeziora. Okazało się, że wcale sekretne nie było, ale za to bardzo malownicze. Kolor wody kontrastował z zielenią okolicznych łąk i czerwoną ziemią. Paweł postanowił się wykąpać i oblazły go pluskwy. Ale przynajmniej się trochę schłodził 🙂
Postanowiliśmy objechać jezioro dookoła. Google jednak wyprowadził nas dosłownie w pole! Dobrze, że nasz skuter wytrzymał taką terenową jazdę, bo łatwo nie było. A jakie było zdziwienie ludzi gdy widzieli nas przed swoimi domami, do których nie prowadzi żadna droga. Po chwili się cieszyli i machali.
Udało nam się dotrzeć do większej drogi i trafiliśmy nieoczekiwanie na plantację pieprzu. Sporo o niej słyszeliśmy, ale nie mieliśmy jej w planach. Zaproszono nas do środka i nawet uczestniczyliśmy w krótkim wykładzie. Sporo ciekawostek się dowiedzieliśmy, np. gdzie pieprz rośnie (na pnączu), oraz że pieprz czerwony, zielony i biały rosną na tej samej roślinie. Kampot słynie z hodowanego tu pieprzu. W Wielu miejscach można spróbować dań z jego dodatkiem, które są przepyszne!
Kampot Kep Pepper FarmKampot Kep Pepper Farm Tour
Poznaliśmy tam Gosię i Romana, z którymi ruszyliśmy w dalszą trasę dookoła jeziora. Dobrze, że byliśmy razem bo wspieraliśmy się nawzajem swoimi mapami w gąszczu nieoznakowanych polnych dróżek. Wiele razy myśleliśmy, że trzeba będzie zawracać bo ścieżki były ledwo przejezdne, po łydki w miałkim piachu albo w ogóle ich nie było. Prawdziwy offroad 😉 Ale ostatecznie udało nam się okrążyć sekretne jezioro, aczkolwiek wyglądaliśmy jakbyśmy cały dzień pracowali w żwirowni.
Kampot Kep Secret Lake

Z Gosią i Romanem. Pozdrawiamy 🙂

Spodobała Wam się Kambodża? Koniecznie zobaczcie nasz wpis Najpiękniejsze plaże? W Kambodży!

Podoba się? Udostępnij... 🙂 Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Pin on Pinterest