Dzienniki autostopowe. Opuszczamy Ziemię Ognistą i poznajemy przyjaciela.

Dzienniki autostopowe. Opuszczamy Ziemię Ognistą i poznajemy przyjaciela.

POŻEGNANIE Z NASZĄ RODZINĄ NA KOŃCU ŚWIATA

Po 10 dniach nasza nieoczekiwana wizyta na końcu świata dobiegła końca. Ze smutkiem opuszczaliśmy dom naszej nowej rodziny, która przyjęła nas pod swój dach, mimo, że byliśmy obcymi ludźmi, dwójką autostopowiczów.

Claudia i Leonardo postanowili zawieźć nas na granicę argentyńsko – chilijską w San Sebastian. Mieliśmy jedno miejsce w samochodzie, więc zgarnęliśmy jeszcze jednego chłopaka, Walida, który stał na wylocie z Rio Grande. Jeszcze wtedy nie wiedzieliśmy, że nasze drogi będą się nieustannie krzyżować przez kolejne miesiące.

ZIEMIA OGNISTA NA STOPA

Ze łzami w oczach pożegnaliśmy się z Claudią i Leonardo na granicy w San Sebastian i razem z Walidem zaczęliśmy łapać stopa. Za szlabanem zobaczyliśmy z 6 osób czekających już przy drodze. Wniosek był prosty – nie ma co biernie czekać z nimi. Trzeba pytać! Przeszliśmy kontrolę paszportową, wróciliśmy przed szlaban i zaczęliśmy krążyć od samochodu do samochodu. Zagadywaliśmy kierowcę każdego nowego samochodu i po 30 minutach już mieliśmy miejsce dla całej naszej trójki! W momencie gdy mijaliśmy 5 stopowiczów stojących, a nawet siedzących dalej bezradnie przy drodze, widzieliśmy niedowierzanie w ich oczach. Może w końcu pokapowali się, że stojąc bezczynnie wiele nie ugrają… Praktyczny przewodnik o autostopie w Patagonii znajdziecie tu.

CIEŚNINA MAGELLANA I MARTWY WIELORYB

Nasz kierowca okazał się być wesołym, starszym człowiekiem, który wybrał się do Ushuaia na urlop aż z Buenos Aires. I to samochodem. Miał do przejechania kawał drogi i nawet ucieszył się, że będzie miał na trochę towarzystwo do pogaduszek. Po pierwszych 18 km czekała nas jeszcze chilijska kontrola paszportowa (tak, w Patagonii odległość miedzy jedną a drugą granicą sięga czasem kilkudziesięciu kilometrów!) a potem już mknęliśmy przez morze żółtej pampy.

Droga upłynęła nam szybko, nawet udało nam się trochę zdrzemnąć na tylnich siedzeniach. Na koniec naszej wspólnej podróży z Norberto czekała nas jeszcze przeprawa promem przez Cieśninę Magellana, z Bahia Azul do Punta Delgada. Staliśmy sobie wszyscy na górnym pokładzie gdy ktoś z pasażerów pokazał nam leżąca na brzegu czarną masę. Okazało się, że kilka dni temu znaleziono tu na brzegu martwego wieloryba. W miarę jak zbliżaliśmy się do brzegu, wieloryb stawał się coraz większy i wyraźniejszy. Po zjechaniu z promu zaparkowaliśmy samochód i poszliśmy jeszcze zobaczyć go z bliska. Był to bardzo smutny widok, ale jednocześnie bardzo interesujące zjawisko. Nikt z nas nie widział nigdy wcześniej wieloryba, a już na pewno nie z takiej odległości. Zwłoki były odgrodzone taśmą i pilnowane przez policję. Zostały też rozcięte, żeby zapobiec wybuchowi gromadzących się w środku gazów. Po naturalnym rozkładzie szkielet miał zostać zabrany do muzeum, ponieważ nigdy wcześniej nie znaleziono w Chile kompletnego szkieletu wieloryba błękitnego.

JEDZIEMY DO PUERTO NATALES

Z Norberto żegnamy się kilkanaście kilometrów dalej, na dobrze już nam znanym skrzyżowaniu na Argentynę i Puerto Natales / Punta Arenas i Ziemię Ognistą. To nasz 3 autostop na tym samym skrzyżowaniu. Mamy optymistyczne podejście bo wiemy już, że nawet jak nie uda nam się złapać stopa to możemy spędzić noc na przystanku autobusowym, który wygląda jak mały drewniany domek. Jest szczelnie zamykany i nawet w środku jest pokaźnych rozmiarów ławeczka, na której spokojnie zmieszczą się 2 osoby. No ale bez próby się nie poddajemy! Oczywiście chłopaki wysyłają na przynętę dziewczynę. Układ jest prosty: jak będzie jedno wolne miejsce w samochodzie to jedzie Walid; jak 2, ja i Paweł; jak 3, jedziemy wszyscy.

Po 59 minutach i jakichś 39 samochodów później zatrzymuje się TIR! Pierwszy (i ostatni) w naszej patagońskiej historii.

„Możemy się zabrać?”

„A ile was tam jest?”

„Trójka”

„O matko! No dobra, wsiadajcie!”

Ładujemy się wszyscy z naszymi bagażami. Wnętrze jest sporo większe niż w europejskich tirach. Jest piętrowe łóżko wymiarów spokojnie mieszczących po 2 osoby na każdym poziomie. Oprócz tego 2 lodówki i szafki. Chłopaki rozsiadają się na łóżku a ja idę na podłogę między kierowcę i jego syna. Gadamy przez całą drogę o wszystkim. O mitologii, podróżach, o tym jak najlepiej nauczyć się angielskiego. Oboje z ojcem próbujemy przekonać młodego, że język obcy to podstawa i otwiera drzwi do podróży.

W końcu dojeżdżamy do skrzyżowania na Punta Arenas. Walid jedzie dalej a my wysiadamy i po raz kolejny tego dnia wystawiamy kciuka. Nie mija 5 minut i już mamy kolejny samochód! Tym razem droga jest już spokojna i tuż przed zachodem słońca docieramy do najbardziej przylansowanej miejscowości chilijskiej Patagonii – Puerto Natales, bazy wypadowej najbardziej osławionego parku narodowego Torres del Paine. Przylansowanej, czyli drogiej. Za drogiej jak dla nas. Ale oczywiście i na to znaleźliśmy sposób o czym możecie przeczytać tu.

A wszystkich zapraszamy na bloga naszego przyjaciela Walida.

Podoba się? Udostępnij... 🙂 Share on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter
Share on Google+
Google+
Pin on Pinterest
Pinterest