Góra Fuji i 36 szalonych godzin z podróży po Japonii

Ostatnie 36 godzin to najbardziej zwariowany czas naszej podróży od stycznia! W skrócie: 5 razy jechaliśmy na stopa, wspięliśmy się na Fuji, czyli prawie 4 tys metrów i to nocą, przeszliśmy ponad 16 km, oglądaliśmy zachód księżyca i wschód słońca jednocześnie, doświadczyliśmy skrajnych temperatur (od 1 do 34 stopni) spaliśmy tylko 2 godziny, zatrzymał nas patrol autostradowy… Ale od początku.

Fuji

Pierwsze 12 h – przygotowania

Wejście na najwyższy szczyt w Japonii, czyli górę Fuji (3776 m), która tak naprawdę jest aktywnym wulkanem, przełożyliśmy na kolejny dzień z powodu obfitych ulew. Wstaliśmy rano żeby zrobić zakupy, przygotować prowiant, cały ekwipunek i jeszcze jakoś dostać się pod samo Fuji. Słoneczko świeciło w najlepsze. Niestety kiedy ruszaliśmy na szczyt i łapaliśmy pierwszego stopa lało tak samo jak poprzedniego dnia. Staliśmy w strugach deszczu, niebo zaciągnęło się na granatowo, kolejne samochody mijały nas obojętnie i wtedy po raz pierwszy pomyśleliśmy sobie, że chyba nam się nie uda.

Japonia_Autostop_FujiI wtedy zatrzymał się student, który mimo, że w kierunku Fuji nie jechał, podwiózł nas te kilkanaście kilometrów. Wysiedliśmy przy parkingu i po 5 minutach już siedzieliśmy w shuttle busie do punktu startowego naszej wspinaczki.

Japonia_Autostop_FujiJaponia_Fuji_start

Kolejne 12 h – wejście na Fuji

Podejście zaczęliśmy po 8 wieczorem. Jeszcze lekko padało. Ale po 15 minutach po deszczu nie było już śladu i widoczność była wspaniała. Powolnym krokiem, walcząc o każdy oddech i zabijając czas szliśmy na szczyt blisko 9 godzin żeby dotrzeć tam tuż przed wschodem słońca, czyli około 4.30 nad ranem. Oczywiście z wieloma przerwami na zdjęcia i uzupełnienie energii bananowymi plackami 😉 Widoki były nieziemskie!

Japan_Fuji_ViewCzarny, wulkaniczny żwir i mnóstwo skał sprawiały, że czuliśmy się jak na księżycu! Przez wiele odcinków trasy byliśmy zupełnie sami, więc było po prostu cudownie. Mogliśmy w pełni rozkoszować się cudownymi widokami i migoczącymi światłami miast gdzieś tam na dole. Mniej więcej w połowie drogi spotkaliśmy też Chase’a, którego poznaliśmy na samym początku trasy i dalszą drogę pokonaliśmy już we trójkę.

Japonia_Fuji_Hike

Po 1,5 godzinnej przerwie regeneracyjnej na ogrzanie się w jedynym otwartym w nocy schronisku! rozpoczęliśmy podejście ostatnich 200 metrów na szczyt. Nie spodziewaliśmy się jednak kolejki! Ale to Japonia, nawet na wulkanie są tłumy 😉

Japonia_Fuji_kolejka_na_szczytZamiast 30 minut szliśmy w ślimaczym tempie ponad godzinę i po raz kolejny tego dnia mieliśmy ogromne szczęście bo dotarliśmy na miejsce 10 minut przed wschodem słońca. Mimo, że większość widoku spowita była gęstymi chmurami, i tak spektakl światła i kolorów był niesamowity. A i gdzieniegdzie prześwitywały okoliczne miasteczka i krajobrazy. Przed nami pięknie wschodziło słońce a za nami zachodził księżyc. Taka magia!

Stojąc tam na szczycie przypomnieliśmy sobie początek tej przygody i łapanie pierwszego stopa w strugach deszczu. Tak, czasem z pozoru niemożliwe staje się możliwe!

Japonia_Fuji_poranek_ksiezycJapan_Fuji_sunriseTemperatura na szczycie nie przekraczała 1 stopnia. Było tak zimno, że marzyliśmy o żarze lejącym się z nieba. Wszyscy Japończycy byli przygotowani jak na wyprawę życia, ubrani od stóp do głów w najlepsze marki sportowej odzieży, z kijkami, tlenem, termosami, śpiworami i wszystkim, czego człowiek może potrzebować na prawie 4 km wysokości. My mieliśmy na sobie wszystkie nasze aktywne ciuchy sportowe i buty do biegania 😉 Takie uroki długiego podróżowania, że niestety bagaż ma limit i wszystko się nie zmieści. Ale można? Można!

Japonia_Fuji_Zejscie
Jak ktoś kiedyś twierdził, że schodzi się łatwiej niż się wchodzi, był w wielkim błędzie. Zejście z Fuji dało nam nieźle w kość. Mięśnie nóg nas paliły, kolana i palce stóp bolały tak, że ledwo mogliśmy iść. Może po raz kolejny dopisało nam szczęście, a może to jednak nasze zacięcie i szybki desant z góry okupiony również kilkoma upadkami, ale wyrobiliśmy się na pierwszy powrotny autobus na parking.

Ostatnie 12 h – z Fuji do Nagoi

Znów wystawiliśmy kciuka i po kilkunastu minutach na tej mało ruchliwej drodze mknęliśmy w stronę domu Sakury, u której się zatrzymaliśmy. Po 24 h bez snu zafundowaliśmy sobie 2 h drzemki, spakowaliśmy plecaki i znów ruszyliśmy w drogę, oczywiście na stopa 🙂 Staliśmy gdzieś pośrodku lasu i właśnie stwierdziliśmy, że miejsce jest do bani bo nikt tędy nie jeździ i nie ma się gdzie zatrzymać kiedy zgarnął nas kierowca półciężarówki.

Japonia_Hitchhike_FujinomiyaNie jechał do Nagoi, gdzie chcieliśmy się dostać, ale powiedział że wysadzi nas w dobrym miejscu żeby złapać okazję dalej. I wysadził… na autostradzie 😉 Pośrodku kilku innych autostrad. Nie było w pobliżu żadnej normalnej drogi a tym bardziej drogi dla pieszych. Przeszliśmy więc poboczem z jednej autostrady na drugą, prowadząca już do Nagoi i nie mieliśmy innego wyjścia jak wystawić kciuka i machać naszym kartonem. Oczywiście po 5 minutach zjawił się patrol autostradowy.

Japonia_highway_policePomyśleliśmy sobie „No to idą kłopoty”. Kłopoty w mundurach, z pomarańczowymi chorągiewkami, w samochodzie na sygnale. Wiecie, w Japonia to tak jakby Niemcy Azji. Porządek musi być. Ale tak jak z mundurowymi u naszego zachodniego sąsiada nigdy nie chcielibyśmy mieć do czynienia, tak w Japonii takich spotkań możemy mieć więcej! Panowie wyciągnęli swój translator. Wytłumaczyli nam, że na autostradzie to nie bardzo z takimi akcjami, że oni nam pomogą bo tu to niebezpiecznie jest. Wyciągnęli chorągiewki i odeskortowali nas do swojej siedziby, wydrukowali nam mapkę i zaznaczyli punkty do bezpiecznego autostopowania 🙂 Oczywiście na lokalnej drodze. Wszystko z uśmiechem na twarzy i prawdziwą chęcią pomocy a nie wlepienia mandatu.

Japonia_autostrada

Oczywiście tam nie doszliśmy bo 3 km na piechotę w pełnym słońcu, po wejściu na Fuji  i zejściu z Fuji i po nieprzespanej nocy to było zdecydowanie za dużo. Zatrzymaliśmy się przy najbliższym skrzyżowaniu drogi osiedlowej i wystawiliśmy nasz karton z napisem Nagoja. Niestety wszyscy raczej jechali po zakupy do sklepu niż kilkaset km dalej. Przyszedł z nami pogadać pan z domu obok. Powiedział, że trochę już późno i jakbyśmy nic nie złapali to możemy spać u niego. Zobaczył, że kończy nam się picie więc pobiegł szybko po herbatę. W międzyczasie zatrzymał się Nori, który jechał w stronę Nagoi! Co prawda tylko 30 km, ale autostradą, więc mogliśmy bez problemu dostać się na jakąś stację benzynową. Pan sąsiad wrócił z herbatą i ciasteczkami, zapakowaliśmy się do samochodu i po kolejnej chwili zwątpienia znów mieliśmy wiatr w żaglach!

Te 30 km jechaliśmy chyba 1,5 godziny bo z powodu lokalnych świąt był strasznie duży ruch i korki. Zupełnie nam to nie przeszkadzało. Klimatyzowany samochód to cudowna odmiana dla upału. Nori wysadził nas na stacji i przeprosił kilka razy, że akurat nie jedzie do Nagoi. Japończycy są zawsze bardzo uprzejmi i za wszystko przepraszają. Dostaliśmy też dwie kiście winogron bezpestkowych na drogę 🙂 W Japonii to luksus, bo ceny owoców są z kosmosu! (jedno jabłko kosztuje średnio 6-8 zł)

Japonia_Hitchhike_Shizuoka

Złapanie kolejnego stopa zajęło nam 5 minut. Przygarnęła nas trójka studentów do swojego mikro auta. Także jechaliśmy w piątkę, z bagażami na kolanach. Odwieźli nas prosto na dworzec w Nagoi, gdzie odebrał nas Hyo, nasz nowy host.

Japonia_Autostop_Studenci-
Japonia_Autostop_Studenci

W jego domu czekał już na nas prywatny pokoik z klimatyzacją i super widokiem na miasto, mała siłownia oraz fotel z masażem! O tak! Siedzieliśmy w nim po godzinie każde z nas i zupełnie szczerze powiemy Wam, że to nasz najlepszy masaż w życiu!

Japonia_Nagoya_Happy_end

I tak oto po 36 godzinach padliśmy nieprzytomni na łóżko. Czym jeszcze zaskoczy nas Japonia? Nie możemy się doczekać!

Podoba się? Udostępnij... 🙂 Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Pin on Pinterest